W książce "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny" Kamila Sławińska pisze o hinduskiej społeczności, zamieszkującej dzielnicę Little India w Queens. Wspomina o niepowtarzalnych, koniecznie świeżych rodzajach owoców i warzyw tam spotykanych. W swoim opisie koncentruje się na mango. Okazuje się, że można wyróżnić dwa rodzaje tego owoca: obok zwykłego, pospolitego mango istnieje kesar mango - sprowadzany z Indii rarytas, którego eksport jeszcze niedawno był zakazany. Kesar mango się ceni - jest pięć razy droższy od swojego mniej spektakularnego kuzyna, pochodzącego z Ameryki Południowej.
W spotkaniu naszych juniorów z Turowem to my byliśmy tym lepszym, droższym rodzajem mango. Byliśmy kesar mango. Okazaliśmy się więcej warci, zaprezentowaliśmy lepszą jakość, bylismy bardziej soczyści. Wygrywamy 78:49. Pisałem o tym, że Hubert Murzacz musi wznieść swoją grę na nieco wyższy poziom. No i trzeba przyznać, że spotkanie z Turowem mu wyszło - 27 zdobytych punktów pozwoliło mu dość niespodziewanie przeskoczyć Kacpra Wieczorka, autora 22 punktów. Trochę mniej spektakularny od dłuższego czasu jest Oskar Pawlikowski (10 pkt). Hubert był dziś na boisku dość uniwersalny - rzucił trzy, przechwytywał piłki, biegał w kontrze, trafiał z półdystansu i dystansu oraz - co ważne - poprawił osobiste. Kacper grał swoje - punktował z pomalowanego. Oskar wyróżnił się jedynie wsadem w końcówce.
Cicha rywalizacja pomiędzy tym trio trwa. Rywalizacja o miejsce w ekipie seniorów. Kołcz Aron z uwagą oglądał ich boiskowe poczynania, a do jakich doszedł wniosków dowiemy sie niebawem.
Na dobrą sprawę w tym meczu w oczy rzuciły się trzy aspekty:
1. WALKA - o każdą piłkę, pełno "hustle plays", zawodnicy "pływali" w parterze w różnych stylach. Ta ofiarność w walce o każdą piłkę to coś na co patrzy się z dziką przyjemnością. Seniorzy powinni się tego od naszej młodzieży uczyć.
2. ATMOSFERA - to nie było to co ze Śląskiem, ale nie było też takiej potrzeby. Na spotkaniach juniorów autentycznie można się poczuć jak na meczu drużyn z amerykańskich high schoolów . Mnóstwo młodzieży i na boisku i na krwiście czerwonych krzesełkach naszej wysłużonej hali. Fajnie. Wporzo.
3. CZWARTA KWARTA NIC NIE WARTA - koszmar z obu stron. Więcej się działo gdy oglądaliśmy w meczu z Mołdawią Orły Smudy (W sumie podobny poziom atrakcyjnośći. W tej rywalizacji Orły wygrywają na finiszu dzięki wybuchowej osobowości Franza) . Nie wiem co w chłopaków wstąpiło. Po złości ktoś im celowniki poprzestawiał. Po kilku minutach bez punktów połowa ludzi na trybunach pogrążyła się we śnie (zasnęli też kibice przy bębnie). Na boisku panował chaos większy niż ten znany z Mitologii Parandowskiego. Ktoś powie, że była to kwarta obrony. Ja mówię, że była to kwarta niewykorzystanych sytuacji (tak, tak...takich jak Dawid Nowak z Mołdawią).
No i to co mnie najbardziej chyba ucieszyło. Widzowie, a raczej ich liczba. Pomimo dnia pracy i szkoły hala została zapełniona. Ludziom się po prostu najzwyczajniej w świecie chciało wpaść i popatrzyć na odrobinkę, szczyptę basketu. Na trybunach widziałem nawet pewnego pana w średnim wieku, który jest na każdym meczu seniorów od kiedy autor tego wpisu chodzi na kosza. W OSiRze niezmiennie od lat siada na "żółtych". Tym razem - w nowych realiach - zakłopotany polował na wymarzone, jedyne w swoim rodzaju siedzisko. Na juniorach widziałem go bodajże drugi raz. Oby nie ostatni. Super sprawa. To jest właśnie pasja do tego sportu, ten rodzaj pozytywnego schorzenia, które kieruje nas na mecze nawet grup młodzieżowych. Nawet w poniedziałek.
Szukaj na tym blogu
poniedziałek, 7 lutego 2011
Odnalezieni kuzyni ?
niedziela, 6 lutego 2011
Nie lubię poniedziałku
Poniedziałek to okropny dzień. Weekendu koniec, tygodnia początek. Wracamy do swoich rutynowych zajęć, których bynajmniej nie wykonujemy z przyjemności. Poniedziałek (nie mylić z aktorem Jackiem Poniedziałkiem !) jest trochę jak mało lubiany kolega z klasy. Wszyscy wolą się kumplować z imprezowym Piątkiem, wyluzowaną Sobotą czy gościnną Niedzielą. Poniedziałek siedzi sam w pierwszej ławce, wszyscy nim gardzą, spoglądają na niego z góry. Nikt go nie szanuje bo wciąż powtarza się po wolnej od trosk Niedzieli. Poniedziałek jest wiecznie spięty, niewyspany, marudny.
W poniedziałki praktycznie nie ma sportu w TV (no chyba ,że ktoś ogląda 2. Bundesligę), nasze ukochane ekipy nie grają. Odświętnie zdarzają się jednak poniedziałki znośne, bo w sport zaangażowane.
Juniorzy Górnika w poniedziałek właśnie zagrają swój arcyważny pojedynek. Siódmego lutego we własnej hali zmierzą się z sąsiadem w tabeli - Turowem Zgorzelec. Po niezręcznej porażce w Żarach z Chromikiem nasi muszą przypomnieć sobie jak się wygrywa. A jest o co grać. Juniorzy rywalizują w grupie zespołów z miejsc 1-8 z pierwszego etapu o awans do ćwierćfinałów Mistrzostw Polski. A że naszych stać na grę w ćwierćfinalach pokazał zeszły sezon.
W sezonie 2009/10 wtedy jeszcze kadeci Górnika - jako jedyna grupa młodzieżowa z Wałbrzycha - zagrali w ćwierćfinałach. W Tarnowie prowadzeni wtedy przez Arkadiusza Chlebdę nasi młodociani przegrali z miejscową Unią 64:95, pokonali Hartwig Katowice 95:85 oraz dość sensacyjnie uporali się z Czarnymi Słupsk 91:89. Niestety porażka na otwarcie z gospodarzami okazała się decydująca. Nasi odpadli, pozostawiając dobre wrażenie.
Od tego czasu zmieniło się wiele. Drużynę teraz prowadzą Marta Szymańska oraz Marcin Ewiak, a do byłych już kadetów z rocznika 1994 (tych od ćwierćfinałów) dokoptowano rok starszych graczy.
Zdecydowanie najlepszym strzelcem juniorów jest grający dla Górnika od tego sezonu Kacper Wieczorek (silny skrzydłowy, rocznik 1993, śr. 25.8 pkt, wcześniej zawodnik Mniszka Boguszów oraz WKK Wrocław). To właśnie 41 oczek Kacpra dało nam wygraną ze Śląskiem jednym oczkiem w pamiętnym grudniu, gdy na hali zebrało się pół miasta, a szyby pękały od ilości decybeli. W dobrej formie wydają się ostatnio być nasi rozgrywający Paweł Maryniak i Jakub Lewandowski. Zawsze możemy liczyć na walczącego o każdą piłkę Wiktora Borkowskiego, który gdy gra częściej chyba jest w parterze niż w pionie. Przebłyski formy mają Damian Pabisiak (20 pkt ze Wschową ale 0 w Żarach) i Michał Rostkowski (14 pkt przeciwko Chromikowi). W porównaniu do zeszłego sezonu zmieniła się nieco rotacja, hierarchia korzystania z poszczególnych graczy. Nasz import ze Świdnicy, czyli wspomniany Rostkowski oraz Szymon Łozowicki odgrywają teraz mniejszą rolę, notują gorszy sezon od tego ubiegłego, gdy stanowili o obliczu Górnika w ćwierćfinałach MP.
Wspominając o juniorach celowo wyżej pominąłem dwa nazwiska. Hubert Murzacz i Oskar Pawlikowski to już doskonale znani koszykarze nawet dla tych średnio zorientowanych. Obaj dostają szansy w I lidze, czy jednak aby na pewno są najbardziej perspektywiczni ? Co z Wieczorkiem, który wydaje się od tego duetu nie gorszy ? Jest to temat rzeka, warty zażartych dyskusji. Hubert i Oskar muszą koniecznie wznieść swoją grę na wyższy poziom, co będzie niezwykle istotne w pojedynku z Turowem.
Czasami odnoszę wrażenie, że mecze juniorów cieszą się większym zainteresowaniem niż spotkania seniorów. Na mecze juniorów wpadają ich przyjaciele, znajomi oraz znajomi znajomych. Nie brakuje także rodziców. Tym razem jednak ktoś bardzo naszych chłopców skrzywdził, przekładając mecz na poniedziałek. Juniorów pod tym względem złapano w organizacyjną pułapkę. Podcięto im skrzydła w sposób wyjątkowo brutalny i bezpardonowy. Ilu ludzi zobaczymy na trybunach pozostaje zagadką, bo nie ma wątpliwości co do tego, że poniedziałek to nie sobota czy niedziela.
Jeszcze nie potwierdziłeś swojego przybycia ? Odwiedź więc facebooka naciskając tutaj.
Hej, hej KSG !
W poniedziałki praktycznie nie ma sportu w TV (no chyba ,że ktoś ogląda 2. Bundesligę), nasze ukochane ekipy nie grają. Odświętnie zdarzają się jednak poniedziałki znośne, bo w sport zaangażowane.
Juniorzy Górnika w poniedziałek właśnie zagrają swój arcyważny pojedynek. Siódmego lutego we własnej hali zmierzą się z sąsiadem w tabeli - Turowem Zgorzelec. Po niezręcznej porażce w Żarach z Chromikiem nasi muszą przypomnieć sobie jak się wygrywa. A jest o co grać. Juniorzy rywalizują w grupie zespołów z miejsc 1-8 z pierwszego etapu o awans do ćwierćfinałów Mistrzostw Polski. A że naszych stać na grę w ćwierćfinalach pokazał zeszły sezon.
W sezonie 2009/10 wtedy jeszcze kadeci Górnika - jako jedyna grupa młodzieżowa z Wałbrzycha - zagrali w ćwierćfinałach. W Tarnowie prowadzeni wtedy przez Arkadiusza Chlebdę nasi młodociani przegrali z miejscową Unią 64:95, pokonali Hartwig Katowice 95:85 oraz dość sensacyjnie uporali się z Czarnymi Słupsk 91:89. Niestety porażka na otwarcie z gospodarzami okazała się decydująca. Nasi odpadli, pozostawiając dobre wrażenie.
Od tego czasu zmieniło się wiele. Drużynę teraz prowadzą Marta Szymańska oraz Marcin Ewiak, a do byłych już kadetów z rocznika 1994 (tych od ćwierćfinałów) dokoptowano rok starszych graczy.
Zdecydowanie najlepszym strzelcem juniorów jest grający dla Górnika od tego sezonu Kacper Wieczorek (silny skrzydłowy, rocznik 1993, śr. 25.8 pkt, wcześniej zawodnik Mniszka Boguszów oraz WKK Wrocław). To właśnie 41 oczek Kacpra dało nam wygraną ze Śląskiem jednym oczkiem w pamiętnym grudniu, gdy na hali zebrało się pół miasta, a szyby pękały od ilości decybeli. W dobrej formie wydają się ostatnio być nasi rozgrywający Paweł Maryniak i Jakub Lewandowski. Zawsze możemy liczyć na walczącego o każdą piłkę Wiktora Borkowskiego, który gdy gra częściej chyba jest w parterze niż w pionie. Przebłyski formy mają Damian Pabisiak (20 pkt ze Wschową ale 0 w Żarach) i Michał Rostkowski (14 pkt przeciwko Chromikowi). W porównaniu do zeszłego sezonu zmieniła się nieco rotacja, hierarchia korzystania z poszczególnych graczy. Nasz import ze Świdnicy, czyli wspomniany Rostkowski oraz Szymon Łozowicki odgrywają teraz mniejszą rolę, notują gorszy sezon od tego ubiegłego, gdy stanowili o obliczu Górnika w ćwierćfinałach MP.
Wspominając o juniorach celowo wyżej pominąłem dwa nazwiska. Hubert Murzacz i Oskar Pawlikowski to już doskonale znani koszykarze nawet dla tych średnio zorientowanych. Obaj dostają szansy w I lidze, czy jednak aby na pewno są najbardziej perspektywiczni ? Co z Wieczorkiem, który wydaje się od tego duetu nie gorszy ? Jest to temat rzeka, warty zażartych dyskusji. Hubert i Oskar muszą koniecznie wznieść swoją grę na wyższy poziom, co będzie niezwykle istotne w pojedynku z Turowem.
Czasami odnoszę wrażenie, że mecze juniorów cieszą się większym zainteresowaniem niż spotkania seniorów. Na mecze juniorów wpadają ich przyjaciele, znajomi oraz znajomi znajomych. Nie brakuje także rodziców. Tym razem jednak ktoś bardzo naszych chłopców skrzywdził, przekładając mecz na poniedziałek. Juniorów pod tym względem złapano w organizacyjną pułapkę. Podcięto im skrzydła w sposób wyjątkowo brutalny i bezpardonowy. Ilu ludzi zobaczymy na trybunach pozostaje zagadką, bo nie ma wątpliwości co do tego, że poniedziałek to nie sobota czy niedziela.
Jeszcze nie potwierdziłeś swojego przybycia ? Odwiedź więc facebooka naciskając tutaj.
Hej, hej KSG !
sobota, 5 lutego 2011
A miało być tak pięknie...
Tytuł wpisu mówi sam za siebie. Ta fatalna wiadomość zastała mnie w szatni po dwugodzinnej grze w (a jakże !) basket. Młode wilki Polonii 2011 Warszawa zagryzły nas straszliwie. Przegrywamy 65:90. W nierównym pojedynku człowieka i dzikiej natury niespodziewanie zostajemy śmiertelnie pogryzieni. Aj aj aj aj.....
Nasi myśliwi zostali kompletnie zaskoczeni przez młode wilki, które zaatakowały nas całą watahą. Zespołowo, drużynowo.... Jankowski 22 pkt, Glabas 16, Michalak 14, Kucharek 14 (kto?), Linowski 12...
Zginęli nasi biało-niebiescy myśliwi w stołecznych lasach.
Minuta ciszy. Uczcijmy ich pamięć.
.........................................................................................................................
.
.........................................................................................................................
..........................................................................................................................
...........................................................................................................................
Nasi biało-niebiescy bohaterowie zadali cios sztyletem prosto w nasze kibicowskie serce. Po raz nie wiem już sam który przekonuję się, że w meczach wyjazdowych Górnik to zupełnie inny zespół. U siebie jesteśmy (czasami) mocarzami, Supermanami, gdy jedziemy w gości - mało magicznie przemieniamy się z powrotem w ofiarnego Clarka Kenta.
Może po prostu za mocno nadmuchaliśmy balon oczekiwań ? A może po prostu stołeczni koszykarze zrobili naszych w balona ?
KSG słynie z charakteru. Dlaczego jednak ten charakter objawia się jedynie wtedy, gdy gramy we własnym kotle ?
Ależ nas te młokosy zaskoczyły. Pamiętacie piłkarski Mundial w Korei i Japonii w 2002 ? Senegal w meczu otwarcia ograł Francuzów 1:0 Czuję się trochę jak kibic Żabojadów po tamtym spotkaniu. W życiu się tej porażki nie spodziewali, byli w szoku. Po klęsce naszych w stolicy w takim szoku jestem również i ja. A jak to wszystko wyglądało statystycznie ?
M. Kowalski - chyba nadal ma problemy z rwą kulszową. W akcji jak nie on. 5 strat, 3 pkt, eval -1.
J. Kietliński - 5 zb, 4 as ! Fajnie nie ? Niestety, także 5 strat. 5 pkt. Zabrakło mu jednej asysty do zaliczenia cyfry 5 w ilości quadruple.
M. Wróbel - statystycznie gracz-światełko w tym drużynowym ciemnym tunelu. 4/7 z gry, 11 pkt, eval 18.
D. Pieloch - po powrocie kontuzjowanego Józka i odnalezienie zagubionej formy przez Nitschego robi się dla niego ciasno w rosterze. Ciasno jak na tokijskim przejściu dla pieszych w godzinę szczytu. 9 min, 4 pkt. I tyle w tym temacie.
M. Nitsche - chyba się nam Mateo odblokował. Ciekawe jak to wyglądało w realu. Numerki są mu ostatnio naprawdę przyjazne. 5/8 z gry, 16 pkt. Oh yeah.
B. Józefowicz - jego występ pragnę sobie tłumaczyć powrotem po urazie. Ponownie przemienił się we władcę krainy minusowych evali. Tym razem -4, 2 pkt i.... 4 straty. Aj ja ja jaaaj.
M. Sterenga - nasz kapitan ponownie w grze. Wraca po kontuzji. Dawno już go w akcji nie widzieliśmy. Ale czy aby na pewno to on ? Na nasze nieszczęście, na postoju na siusiu ktoś się za niego przebrał i wslizgnął się do autokaru w jego miejsce. Gdy kołcz spawdził obecność wszystko się zgadzało. No to pojechali do Wa-wy. Prawdziwy Marcin chyba jednak został na stacji. 2/6 z gry, 6 pkt. A tak na serio to wiemy, że Sterenga to rutyniarz i już w następnym meczu rzuci 20 pkt. Dajmy mu tylko wyzdrowieć.
Ł. Muszyński - jakże ciężko go rozgryźć. Nie potrafiliśmy zrozumieć geniuszu Forresta Gumpa. Nie potrafimy zrozumieć geniuszu Łukasza. 18 pkt, 9 zb, 8/13 z gry. eval 20. Super. "A jak osobiste ?", ktoś zapyta. A nieważne... Lepiej nie zadawać za dużo pytań....
Ł. Grzywa - epizod, eval -1. Chyba nam się zagubił. Niby jest z nami ciałem, ale nie duchem.
B. Ratajczak - jeszcze mniejszy epizod. Był jak przecinek w zdaniu - niby jest ale i tak tego nikt nie zauważa. Ważne, że nasz kolejny rekonwalescent jest zdrów.
Po dwudziestu grach mamy bilans 6-14, młode wilki ciągle za nami z 5-15 (ufff !). Za plecami obijają się nam o uszy ich warknięcia.
W różnych portalach informacyjnych padają głosy, że nasi nie zasłużyli sobie na tak wysoką porażkę, że wszystko idzie w dobrym kierunku.
Czas chować chusteczki, otrzeć łzy. Kolejny mecz ze Sphinxem Łódź u nas. Jestem przekonany, że będzie lepiej.
Nasi myśliwi zostali kompletnie zaskoczeni przez młode wilki, które zaatakowały nas całą watahą. Zespołowo, drużynowo.... Jankowski 22 pkt, Glabas 16, Michalak 14, Kucharek 14 (kto?), Linowski 12...
Zginęli nasi biało-niebiescy myśliwi w stołecznych lasach.
Minuta ciszy. Uczcijmy ich pamięć.
.........................................................................................................................
.
.........................................................................................................................
..........................................................................................................................
...........................................................................................................................
Nasi biało-niebiescy bohaterowie zadali cios sztyletem prosto w nasze kibicowskie serce. Po raz nie wiem już sam który przekonuję się, że w meczach wyjazdowych Górnik to zupełnie inny zespół. U siebie jesteśmy (czasami) mocarzami, Supermanami, gdy jedziemy w gości - mało magicznie przemieniamy się z powrotem w ofiarnego Clarka Kenta.
Może po prostu za mocno nadmuchaliśmy balon oczekiwań ? A może po prostu stołeczni koszykarze zrobili naszych w balona ?
KSG słynie z charakteru. Dlaczego jednak ten charakter objawia się jedynie wtedy, gdy gramy we własnym kotle ?
Ależ nas te młokosy zaskoczyły. Pamiętacie piłkarski Mundial w Korei i Japonii w 2002 ? Senegal w meczu otwarcia ograł Francuzów 1:0 Czuję się trochę jak kibic Żabojadów po tamtym spotkaniu. W życiu się tej porażki nie spodziewali, byli w szoku. Po klęsce naszych w stolicy w takim szoku jestem również i ja. A jak to wszystko wyglądało statystycznie ?
M. Kowalski - chyba nadal ma problemy z rwą kulszową. W akcji jak nie on. 5 strat, 3 pkt, eval -1.
J. Kietliński - 5 zb, 4 as ! Fajnie nie ? Niestety, także 5 strat. 5 pkt. Zabrakło mu jednej asysty do zaliczenia cyfry 5 w ilości quadruple.
M. Wróbel - statystycznie gracz-światełko w tym drużynowym ciemnym tunelu. 4/7 z gry, 11 pkt, eval 18.
D. Pieloch - po powrocie kontuzjowanego Józka i odnalezienie zagubionej formy przez Nitschego robi się dla niego ciasno w rosterze. Ciasno jak na tokijskim przejściu dla pieszych w godzinę szczytu. 9 min, 4 pkt. I tyle w tym temacie.
M. Nitsche - chyba się nam Mateo odblokował. Ciekawe jak to wyglądało w realu. Numerki są mu ostatnio naprawdę przyjazne. 5/8 z gry, 16 pkt. Oh yeah.
B. Józefowicz - jego występ pragnę sobie tłumaczyć powrotem po urazie. Ponownie przemienił się we władcę krainy minusowych evali. Tym razem -4, 2 pkt i.... 4 straty. Aj ja ja jaaaj.
M. Sterenga - nasz kapitan ponownie w grze. Wraca po kontuzji. Dawno już go w akcji nie widzieliśmy. Ale czy aby na pewno to on ? Na nasze nieszczęście, na postoju na siusiu ktoś się za niego przebrał i wslizgnął się do autokaru w jego miejsce. Gdy kołcz spawdził obecność wszystko się zgadzało. No to pojechali do Wa-wy. Prawdziwy Marcin chyba jednak został na stacji. 2/6 z gry, 6 pkt. A tak na serio to wiemy, że Sterenga to rutyniarz i już w następnym meczu rzuci 20 pkt. Dajmy mu tylko wyzdrowieć.
Ł. Muszyński - jakże ciężko go rozgryźć. Nie potrafiliśmy zrozumieć geniuszu Forresta Gumpa. Nie potrafimy zrozumieć geniuszu Łukasza. 18 pkt, 9 zb, 8/13 z gry. eval 20. Super. "A jak osobiste ?", ktoś zapyta. A nieważne... Lepiej nie zadawać za dużo pytań....
Ł. Grzywa - epizod, eval -1. Chyba nam się zagubił. Niby jest z nami ciałem, ale nie duchem.
B. Ratajczak - jeszcze mniejszy epizod. Był jak przecinek w zdaniu - niby jest ale i tak tego nikt nie zauważa. Ważne, że nasz kolejny rekonwalescent jest zdrów.
Po dwudziestu grach mamy bilans 6-14, młode wilki ciągle za nami z 5-15 (ufff !). Za plecami obijają się nam o uszy ich warknięcia.
W różnych portalach informacyjnych padają głosy, że nasi nie zasłużyli sobie na tak wysoką porażkę, że wszystko idzie w dobrym kierunku.
Czas chować chusteczki, otrzeć łzy. Kolejny mecz ze Sphinxem Łódź u nas. Jestem przekonany, że będzie lepiej.
piątek, 4 lutego 2011
Treningowo
Za WałbrzychFAKTY i za naszym przyjacielem YouTube:
I jak tu nie być zadowolonym ? Nasi weterani wracają do gry. Wicher na zamieszczonym wyżej filmiku trafia za trzy jak natchniony. Nie możemy w sobotę przegrać.
No f****g way.
P.S Fajna bluza naszego kołcza. Jest taka jak powinna być - tematyczna. Bo basketball to pasja.
czwartek, 3 lutego 2011
Wyprawa na młode wilki
5.02. Sobota. Czas na biało-niebieską wyprawę do stolicy. A raczej do stołecznych lasów. Czas na polowanie na młode wilki. Młode wilki Polonii 2011 Warszawa.
Długa czeka nas wyprawa. Wyprawa do miejsca niezwykle dla nas - myśliwych ze Zdolnego Śląska - odległego. Bliżej nam już do głównej osady kraju Jożina z Bażin.
Czas polerować strzelby, ostrzyć strzały, czyścić kusze. Czas być skupionym, skoncentrowanym. Jesteśmy potężniejsi, lepiej przygotowani od młodych wilków. Mamy większe doświadczenie.
Młode wilki mają jednak to do siebie, że potrafią solidnie ugryźć. Ich przywódcy watahy: starszy młody wilk Michał Jankowski (17.2 pkt/mecz) oraz młodszy młody wilk Michał Michalak (17.2/mecz) gryzą w tym sezonie łowczym niezwykle skutecznie, dotkliwie. Po ich chapnięciach możemy się nie podnieść. Trzeba na nich uważać. Reszta stada nie zachwyca ani zwinnością, ani siłą szczękościsku. Jak do tej pory, mało kto się warszawskich wilków przeraził. Zaledwie czterokrotnie te dzikie stworzenia zagryzały wrogów na śmierć. Piętnaście razy przyszło im leczyć rany.
Wilk to stworzenie dzikie i niezrównoważone. Potrafi człowieka zaskoczyć. Nasze strzelby muszą być w gotowości do wystrzału. Nasz myśliwy, Nitsche Mateusz udowodnił ostatnio, że gardzi ślepakami. Jest skuteczny, a w pokoju kolekcjonuje kolejne myśliwskie trofea. Nie ma jednak najmniejszych wątpliwości, że będzie on potrzebował wsparcia. Ktoś z naszych musi zaskoczyć ambitną watahę. Wyskoczyć nagle zza drzewa, wyłonić się zza krzaka i oddać celny strzał.
Młode wilki będą się odgrażać - będą szczekać, warczeć. Nam jednak szczególnie zależy na tym, aby po około 40 minutach boju zaczęły skomleć.
Na nasz minus działa długa, trudna podróż. Ponadto, w naszym obozie od jakiegoś czasu panuje zaraza, powodująca wyniszczanie kolejnych to jednostek. Na nasze szczęście, ostatnio na własnym terenie zademonstrowaliśmy wolę walki godną biało-niebieskich myśliwych. Pomimo zarazy, niszczącej nas dotkliwie od środka.
Mawiają: "Nie wywołuj wilka z lasu". My dumnym krokiem wkraczamy na jego teren. Mało tego. Wyzywamy go na pojedynek gwarnie, najgłośniej jak potrafimy. By go stłamsić.
Wódz plemienia Cherokee uczył swojego wnuczka życia. Powiadał, że w ludziach toczy się walka pomiędzy dwoma wilkami. Jeden jest zły - reprezentuje złość, zazdrość, winę, smutek i przerośnięte ego. Drugi jest dobry - reprezentuje radość, miłość, nadzieję, prawdę i wiarę. Wnuczek zapytał, który wilk zwycięży. Stary wódz odpowiedział: "Ten, którego karmisz".
Czas wyzbyć się strachu i ruszyć na złych wilków. Młodych wilków.
Do boju !
![]() |
| Józef Chełmoński - "Wyjazd na polowanie" |
Długa czeka nas wyprawa. Wyprawa do miejsca niezwykle dla nas - myśliwych ze Zdolnego Śląska - odległego. Bliżej nam już do głównej osady kraju Jożina z Bażin.
Czas polerować strzelby, ostrzyć strzały, czyścić kusze. Czas być skupionym, skoncentrowanym. Jesteśmy potężniejsi, lepiej przygotowani od młodych wilków. Mamy większe doświadczenie.
Młode wilki mają jednak to do siebie, że potrafią solidnie ugryźć. Ich przywódcy watahy: starszy młody wilk Michał Jankowski (17.2 pkt/mecz) oraz młodszy młody wilk Michał Michalak (17.2/mecz) gryzą w tym sezonie łowczym niezwykle skutecznie, dotkliwie. Po ich chapnięciach możemy się nie podnieść. Trzeba na nich uważać. Reszta stada nie zachwyca ani zwinnością, ani siłą szczękościsku. Jak do tej pory, mało kto się warszawskich wilków przeraził. Zaledwie czterokrotnie te dzikie stworzenia zagryzały wrogów na śmierć. Piętnaście razy przyszło im leczyć rany.
Wilk to stworzenie dzikie i niezrównoważone. Potrafi człowieka zaskoczyć. Nasze strzelby muszą być w gotowości do wystrzału. Nasz myśliwy, Nitsche Mateusz udowodnił ostatnio, że gardzi ślepakami. Jest skuteczny, a w pokoju kolekcjonuje kolejne myśliwskie trofea. Nie ma jednak najmniejszych wątpliwości, że będzie on potrzebował wsparcia. Ktoś z naszych musi zaskoczyć ambitną watahę. Wyskoczyć nagle zza drzewa, wyłonić się zza krzaka i oddać celny strzał.
Młode wilki będą się odgrażać - będą szczekać, warczeć. Nam jednak szczególnie zależy na tym, aby po około 40 minutach boju zaczęły skomleć.
Na nasz minus działa długa, trudna podróż. Ponadto, w naszym obozie od jakiegoś czasu panuje zaraza, powodująca wyniszczanie kolejnych to jednostek. Na nasze szczęście, ostatnio na własnym terenie zademonstrowaliśmy wolę walki godną biało-niebieskich myśliwych. Pomimo zarazy, niszczącej nas dotkliwie od środka.
Mawiają: "Nie wywołuj wilka z lasu". My dumnym krokiem wkraczamy na jego teren. Mało tego. Wyzywamy go na pojedynek gwarnie, najgłośniej jak potrafimy. By go stłamsić.
Wódz plemienia Cherokee uczył swojego wnuczka życia. Powiadał, że w ludziach toczy się walka pomiędzy dwoma wilkami. Jeden jest zły - reprezentuje złość, zazdrość, winę, smutek i przerośnięte ego. Drugi jest dobry - reprezentuje radość, miłość, nadzieję, prawdę i wiarę. Wnuczek zapytał, który wilk zwycięży. Stary wódz odpowiedział: "Ten, którego karmisz".
Czas wyzbyć się strachu i ruszyć na złych wilków. Młodych wilków.
Do boju !
środa, 2 lutego 2011
Drugoligowe rekordy
W ostatniej kolejce spotkań rozgrywanych w drugoligowej otchłani brylowali gracze niegdyś związani z biało-niebieskim trykotem.
Przemysław Malona był testowany w Górniku w meczach sparingowych przed poprzednim sezonem. W 20 kolejce w wygranym 89:68 meczu z Albą Chorzów, grający obecnie dla Księżaka Łowicz skrzydłowy, rzucił 26 punktów, dołożył 16 zbiórek (11/13 z gry) i z evalem 42 został graczem kolejki. W sezonie Przemek notuje 7.6 pkt i 5.6 zb.
Drugim graczem, który błysnął w weekend był świetnie u nas znany Marcin Kałowski. 31-letni strzelec gra obecnie dla czołowej zgrai z otchłani, BM Węgiel Stal Ostrów Wlkp. Na parkietach drugoligowych jest generalnie królem ciemności, władcą podziemnego świata. Średnio zdobywa 17.6 pkt (46 % za trzy). W 20. kolejce zdobył 32 oczka (7x3) w wygranym spotkaniem z Fluorem Britam Gliwice 84:82.
Ktoś może sobie pomyśleć, że takie wyczyny w wykonaniu Marcina są możliwe tylko w otchłani. No niekoniecznie. Pamiętam doskonale Kałowskiego z występów w pierwszoligowym KSG w latach 2005/06. Gdy po raz kolejny nie potrafiliśmy wygrywać na wyjazdach, to właśnie nie kto inny jak on w Jarosławiu wydarł 30 pkt, dając nam wygraną.
Kałowski przyszedł do nas w trudnej sytuacji. Dla mnie jest to gracz szczególnie wyjątkowy, który łączy się z początkiem mojej wielkiej sympatii dla trzech liter KSG. W styczniu 2005 byliśmy na dnie I ligi. Potrzebowaliśmy wzmocnień. Padło na niego - wtedy gracza balansującego pomiędzy ekstraklasową Stalą Ostrów,a rezerwami tego klubu, reprezentującymi koszykarski drugoligowy underground. Okazało się, że jego transfer był jak powiew gorąca z kaloryfera w styczniową noc, jak zapach kwitnących kwiatów w środku zimy. Błysnął formą. Zaskarbił sobie naszą sympatię. Można mu zarzucać, że nie należał do najbardziej wszechstronnych, ale miał w sobie coś co powodowało, że na mecze chodziło się jeszcze chętniej. Miał smykałkę do "trójek". Był jak maszyna, i to taka zachodnia, bezawaryjna. Automat. Tak jak starszy siwy pan w logu KFC, tak jego "trójki" stały się rozpoznawalnym znakiem firmowym. Sieć "Kałowski Company" serwowała po kilka trójek co mecz. Na wynos. Ta jedna, jedyna umiejętność pozwalała mu się wyróżniać w lidze. Tą jedną, jedyną umiejętnością wygrywał nam mecze - jego kapitalna "trójka" w meczu z Siarką, równo z końcową syreną, dała nam wygraną.
Zrobiło mi się smutno, gdy po półtora roku odszedł do Tarnovii. W 31 meczach sezonu 2005/06 zaliczał 13.8 pkt. Ile dany gracz znaczył dla kibiców można poznać po tym, czy na jego cześć został wykonany transparent. Można poznać po tym, czy oddany kibic zarywa noc, połyka cenny czas, tylko po to by zaprezentować skromną pracę swojemu regionalnemu idolowi. Marcin Kałowski doczekał się takiego transparentu. W kolejnym sezonie gdy nasi grali z Tarnovią Tarnowo, stworzona przez oddaną kibickę skromna biała płachta z literami z czarnego sprayu tworzyła napis "Marcin Kałowski". Uśmiech zainteresowanego gracza na jej widok był bezcenny.
![]() | |
| Przemysław Malona z piłką |
Przemysław Malona był testowany w Górniku w meczach sparingowych przed poprzednim sezonem. W 20 kolejce w wygranym 89:68 meczu z Albą Chorzów, grający obecnie dla Księżaka Łowicz skrzydłowy, rzucił 26 punktów, dołożył 16 zbiórek (11/13 z gry) i z evalem 42 został graczem kolejki. W sezonie Przemek notuje 7.6 pkt i 5.6 zb.
Drugim graczem, który błysnął w weekend był świetnie u nas znany Marcin Kałowski. 31-letni strzelec gra obecnie dla czołowej zgrai z otchłani, BM Węgiel Stal Ostrów Wlkp. Na parkietach drugoligowych jest generalnie królem ciemności, władcą podziemnego świata. Średnio zdobywa 17.6 pkt (46 % za trzy). W 20. kolejce zdobył 32 oczka (7x3) w wygranym spotkaniem z Fluorem Britam Gliwice 84:82.
Ktoś może sobie pomyśleć, że takie wyczyny w wykonaniu Marcina są możliwe tylko w otchłani. No niekoniecznie. Pamiętam doskonale Kałowskiego z występów w pierwszoligowym KSG w latach 2005/06. Gdy po raz kolejny nie potrafiliśmy wygrywać na wyjazdach, to właśnie nie kto inny jak on w Jarosławiu wydarł 30 pkt, dając nam wygraną.
![]() | |
| Marcin Kałowski w swojej naturalnej pozycji |
Kałowski przyszedł do nas w trudnej sytuacji. Dla mnie jest to gracz szczególnie wyjątkowy, który łączy się z początkiem mojej wielkiej sympatii dla trzech liter KSG. W styczniu 2005 byliśmy na dnie I ligi. Potrzebowaliśmy wzmocnień. Padło na niego - wtedy gracza balansującego pomiędzy ekstraklasową Stalą Ostrów,a rezerwami tego klubu, reprezentującymi koszykarski drugoligowy underground. Okazało się, że jego transfer był jak powiew gorąca z kaloryfera w styczniową noc, jak zapach kwitnących kwiatów w środku zimy. Błysnął formą. Zaskarbił sobie naszą sympatię. Można mu zarzucać, że nie należał do najbardziej wszechstronnych, ale miał w sobie coś co powodowało, że na mecze chodziło się jeszcze chętniej. Miał smykałkę do "trójek". Był jak maszyna, i to taka zachodnia, bezawaryjna. Automat. Tak jak starszy siwy pan w logu KFC, tak jego "trójki" stały się rozpoznawalnym znakiem firmowym. Sieć "Kałowski Company" serwowała po kilka trójek co mecz. Na wynos. Ta jedna, jedyna umiejętność pozwalała mu się wyróżniać w lidze. Tą jedną, jedyną umiejętnością wygrywał nam mecze - jego kapitalna "trójka" w meczu z Siarką, równo z końcową syreną, dała nam wygraną.
Zrobiło mi się smutno, gdy po półtora roku odszedł do Tarnovii. W 31 meczach sezonu 2005/06 zaliczał 13.8 pkt. Ile dany gracz znaczył dla kibiców można poznać po tym, czy na jego cześć został wykonany transparent. Można poznać po tym, czy oddany kibic zarywa noc, połyka cenny czas, tylko po to by zaprezentować skromną pracę swojemu regionalnemu idolowi. Marcin Kałowski doczekał się takiego transparentu. W kolejnym sezonie gdy nasi grali z Tarnovią Tarnowo, stworzona przez oddaną kibickę skromna biała płachta z literami z czarnego sprayu tworzyła napis "Marcin Kałowski". Uśmiech zainteresowanego gracza na jej widok był bezcenny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






