Szukaj na tym blogu

czwartek, 8 sierpnia 2013

ZK 2013: Najbardziej emocjonujący mecz

Dominik

Wirtualny kilof dla najbardziej emocjonującego meczu biało-niebieskich w sezonie 2012/13.

Uff !!!!!!!!!

Długo zastanawiałem się co w tej rubryce sensownego napisać. Bo przecież ostatni sezon przyniósł wiele emocji. Niestety, w większości były to emocje negatywne. 

Jakoś po trzeciej kolejnej porażce na początku rozgrywek III ligi kibice zaczęli zalewać falą krytyki trenera Chlebdę. Po szóstej porażce falę zastąpiło prawdziwe tsunami, które ucichło dopiero po serii czterech wygranych z rzędu. Ogólny bilans wyszedł jednak na minus sztabu szkoleniowego, a nasz szkoleniowiec chyba nie może do końca czuć się "suchy".

Po dziesięciu kolejkach nasi mieli bilans 4-6 i wg niepoprawnych optymistów sezon był jeszcze do uratowania. Zespół wydawał się odrodzony, na fali wznoszącej, a nie rozczłonkowany, pod falą krytyki. Kibice bawili się w analityków, obliczając, że jeżeli wygramy wszystkie mecze do końca rozgrywek, to wejdziemy do wymarzonych w snach baraży. Misterny plan poszedł do kosza 13 stycznia, w chyba najbardziej dramatycznym wydarzeniu w biało-niebieskiej koszykówce jakie jestem w stanie pamiętać. Nasi po koszmarnej grze ulegli Kątom Wrocławskim 65:90, a grupa ludzi (nie kibiców) wtargnęła do szatni gości w celach rabunkowych. Właściwie, to doszło do obustronnej transakcji. Łupem wałbrzyszan padły getry z logiem Śląska Wrocław, a w drugą stronę (do DZKosz) powędrowała spłata kary pieniężnej za owy wybryk. O wałbrzyskiej koszykówce ponownie napisano w ogólnopolskich mediach. Ostatni raz doszło do tego niecałe dwa lata wcześniej, gdy bohaterem nie były getry, a swojska taczka.

Kolejnym niemiłym wspomnieniem pozostaje marcowy miszmasz związany z walką juniorów o szczebel centralny MP. Po pięknej grze i wielkiej wygranej z Turowem nasi, niczym sójka, wybierali się już za morze. Nic z tego nie wyszło. Sójkę z Górników zrobił DZKosz, wyczarowując mecz barażowy z niżej notowanym w tabeli Zastalem. Niżej, bo cały sezon pozbawionego grającego w Szkole Mistrzostwa Sportowego wychowanka. Adrian Krawczyk, bo o nim mowa, był jak Bruce Willis, ratujący swoich krajan przed zagładą. Po jego powrocie do składu zielonogórzan na dwumecz barażowy, okręt z biało-niebieską banderą zatonął.

W tym mizernym sezonie znalazły się i pozytywy. W maju oglądaliśmy ciekawy turniej półfinałowy MP U-16, gdzie nasza młodzież dzielnie walczyła z silnymi rywalami. Bardzo pozytywna impreza, później chwalona przez zespoły przyjezdne. Pierwszy raz w historii w Górniku pojawił się też zespół żeński, kontynuujący tradycje Unii Wałbrzych i jej zawodniczki, Agnieszki Jaroszewicz - mistrzyni Europy z naszą reprezentacją z 1999 roku.

Wracając do kilofów...

Najbardziej emocjonujący mecz musi być odzwierciedleniem pozytywnych emocji. Zwycięzca zostaje więc... 


Mecz wyjazdowy na którym miałem okazję być. Fajne widowisko, emocjonująca końcówka. Nutka ironii kryje się w tym, że jak najbardziej pozytywne emocje z Sichnic wystąpiły ledwie niecały tydzień po "aferze skarpetkowej"...

W tej kategorii należą się także wyróżnienia:


Drugi mecz wspomnianych wyżej baraży juniorów. Zespół Michała Borzemskiego pokonał Zastal przy dopingu kibiców, ale bardzo wysoka porażka z pierwszego meczu na wyjeździe zaprzepaściła szanse na awans do półfinałów MP. Nieważne. Juniorzy pokazali GÓRNICZY CHARAKTER. Walczyli do ostatniej akcji. Za to należą im się brawa.


Pamiętajcie, że mowa o meczach emocjonujących, a nie wyjątkowo udanych w wykonaniu Górników. Kadeci grali z Treflem właściwie o być albo nie być. Siedziałem wtedy przy parkiecie i wydawało mi się, że intensywność i energia tego spotkania smagała mnie po twarzy niczym górski podmuch wiatru. Z drugiej strony, wracałem wtedy z wystawy kwiatów w Książu. Grzegorz Miecugow przy tej wystawie to człowiek z charyzmą i pokładami ADHD. A co dopiero mecz Górnika o być albo nie być. I choć kadeci zagrali słabo, to zespół z Sopotu klasę potwierdził w finałach, zdobywając srebrny medal mistrzostw Polski U-16.

I na koniec...



Była dogrywka. Były emocje. Był też kozioł ofiarny (Maciej Łabiak i jego słynna, niezłapana piłka... Nikt po tej pomyłce nie pamiętał już, że Łabiak zagrał generalnie dobre zawody).

Tak... To już koniec tego wpisu. Powyższy mecz był jednak sam w sobie początkiem... 

Początkiem końca marzeń o II lidze. Wtedy jeszcze, po końcowej syrenie, tego nie wiedzieliśmy. Karmieni od miesiąca pożywką składającą się z propagandy sukcesu, nazwaliśmy porażkę ze Śląskiem "wpadką". Skąd mogliśmy wiedzieć, że wpadka przekształci się w regułę? A to wszystko wydarzyło się w napchanej kibicami jak za dawnych, I-ligowych lat, hali OSiR-u. Na trybunach znalazł się wtedy Norbert Kulon, gracz pierwszej drużyny Śląska, który, incognito, w super na topie koszulce Steve'a Nasha już z Lakersów, obserwował tłum kibiców z autentycznym strachem w oczach. 

Złote kilofy w latach wcześniejszych:

2011: Górnik Wałbrzych - Śląsk Wrocław 78:77 (juniorzy, 5.12.2010)
2012: Górnik - KK Promet Wałbrzych 76:81 (seniorzy, 7.03.2012)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza