Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Nieprzewidywalności moc złowieszcza



Koszykówka jest kobietą. Ma jej cechy: nieprzewidywalność, tajemniczość, emocjonalność. Jest też trochę jak radziecki, niewybaczający błędów bezlitosny oficer, gdy to pozbawia szans, nadziei, marzeń. 

Niby nic nowego. Każdy dogłębny obserwator tego sportu wyżej wymienione cechy zna. Turniej Nadziei Olimpijskich w Aqua Zdroju wzbił jednak nieprzewidywalność na jeszcze wyższy poziom. Brak jakiejkolwiek prawidłowości w końcowych rozstrzygnięciach zaburzył moje rozumienie tego sportu ale jednocześnie podkreślił jego piękno. No bo gdzieżby tu doszukiwać się logiki?

Węgry pokonują Polskę 1 punktem….

Czechy gładko ulegają Słowacji…

Polska wysoko ogrywa Słowację…

Węgry urządzają na Czechach rzeź niewiniątek….

Słowacy całe spotkanie wysoko prowadzą z Węgrami, wygrywając ostatecznie 9 pkt….

Czesi bez jakichkolwiek problemów zwyciężają z Polską….

Te wyniki są równie niezrozumiałe jak wierzenia Amerykanów w UFO, o których było głośno kilka lat temu, a sam Mariusz Max Kolonko zrobił o tym nawet materiał.

W ciągu tych trzech dni koszykówka pokazała mi gest Kozakiewicza i puściła z torbami. Do tego, czytała mi w myślach i działała na przekór.

Dzień I. Polska – Węgry. Bartek Pietras zalicza słabe dwadzieścia minut i każe mi myśleć: „Nic z niego nie będzie”. W drugiej połowie nasz podkoszowy notuje 17 punktów i zamyka mi swoją grą usta. 

Dzień II - Cisza przed burzą. Zagłada polskiej reprezentacji była coraz bliżej, choć nikt nie zdawał sobie wtedy z tego pojęcia.

Dzień III. Węgry – Słowacja. Myślę sobie przed meczem: „Będzie gładkie zwycięstwo Węgier. Bez dwóch zdań. Duet Gabor Rudner - Peter Doktor to zbyt wiele na Słowaków. Gdy doliczyć węgierską antypatię do Słowaków, jest już właściwie po meczu”. Nic z tego. Marek Kuzmiak, będący koszykarskim nieużytkiem w meczu przeciwko Polsce, przemienia się w kata. Jego 20 punktów daje Słowakom wygraną. Nikt już nie pamięta o Marku Dolezaju, dotychczasowym liderze naszego południowego sąsiada, bo ten rosły i chudy chłopak o kręconych blond włosach z 6 pkt Węgrów zbytnio nie ukąsił. U „Madziarów” duet Rudner-Doktor zdobywa tylko 15 punktów i tonie w morzu moich oczekiwań. 

Dzień III. Polska – Czechy. Tu dopiero były jaja. Pomyślałem sobie: „Limit nieprzewidywalnych rozwiązań się zdecydowanie wyczerpał. Poza tym Czesi grają na tym turnieju straszną nędzę. Nie mają z biało-czerwonymi szans. Nasi wygrają ten turniej!!!”.

Cytując klasyka, „No i cały misterny plan poszedł w pi*du”. Nie wiem co przed meczem z Polakami wcinali Czesi, ale słyszałem, że popijali sok z gumijagód. Reprezentacja z kraju Rumcajsa była jak dwunastu Clarków Kentów przemieniających się w Supermana. Do tej pory nieporadni, dający sobą na każdym kroku pomiatać, przeistoczyli się w koszykarskich superbohaterów.

34:59, 47:74. Po takich wynikach Czechów w dwóch pierwszych meczach, nasi powinni wygrać gładko. Niestety, tym razem czysto matematyczna logika przegrała z młodzieńczą fantazją i przeklętą (choć ponętną) nieprzewidywalnością. Zwycięstwo dawało Polakom wygraną w turnieju, porażka zepchała na ostatnie miejsce. Pokręcone to wszystko jak perypetie bohaterów „Mody na Sukces”. Z porażki Polaków 59:74 najbardziej ucieszył się chyba Tamas Ferenczi, trener Węgrów, który podczas meczu ze Słowacją kierował w stronę sędziów pretensje o ustawianiu turnieju pod wygraną Polaków. "Madziarzy" ostatniego meczu turnieju nie obejrzeli, rozsiadając się w tym czasie w fioletowych fotelach węgierskich linii lotniczych WizzAir na trasie Wrocław-Budapeszt. Założę się, że wynik meczu Polaków wywołał na jego twarzy lekki uśmiech.

Pudłowałem swoimi typowaniami przez cały turniej niczym piłkarze Legii nie trafiali swoimi strzałami w ostatniej edycji Ligi Europejskiej. Siedzący przez cały turniej po mojej prawicy „Nowak” miał ze mnie niezły ubaw.

Wiem, że nic nie wiem. Nieprzewidywalność w koszykówce jest moją zmorą (i bukmacherów). 

Niech to szlag.

sobota, 28 grudnia 2013

Polak, Węgier, dwa (koszykarskie) bratanki



Turniej Nadziei Olimpijskich: Polska U-16 – Węgry U-16 72:73


Przed rokiem, w Anglii, przez dokładnie dwa miesiące dzieliłem jeden dach z trzema Węgrami i jedną Węgierką. Ten czas umożliwił mi na przyswojenie podstawowych węgierskich zwrotów oraz tamtejszych liczebników. Dużo dowiedziałem się też o kulturze tego kraju, co pozwoliło mi osobiście zrewidować wielką prawdziwość powiedzenia: „Polak, Węgier, dwa bratanki”. Powiedzenia, które nad Balatonem też uważa się za bliskie prawdy.

Jakim narodem są Węgrzy? Moje dwumiesięczne obserwacje każą twierdzić, że są niezwykłymi patriotami. Moi znajomi w dzień narodowego święta zgromadzili się przed laptopem i z zachwytem śledzili relację ich telewizji publicznej z obchodów Święta Niepodległości. Obraz z laptopa przedstawiał rozświetlony niezliczoną ilością fajerwerków wieczór w Budapeszcie. Obraz przed laptopem ukazywał czwórkę Węgrów z narodowymi pieśniami na ustach.

Węgrzy są wyjątkowo dumni ze swojego kraju. Jest ich tylko 10 milionów, ale biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców mogą się pochwalić największą liczbą noblistów w historii. Od strony politycznej mają bardzo zróżnicowane relacje z sąsiadami. Lubią Austriaków, z którymi kiedyś przecież tworzyli jedno państwo, Serbię uważają za trzeci świat, a najbardziej gardzą Słowakami. Ich zdaniem krzyż na słowackiej fladze został skradziony z węgierskiego herbu. Obok pogardy, Węgrzy ze Słowaków lubią żartować:„Dlaczego każdy Słowak dobrze zna swoją historię? Bo ta historia ma tylko dwie strony”. Obok miłości do ojczyzny, „Madziarzy” oblizują się przy typowo węgierskich, ale dobrze znanych nad Wisłą, leczo i gulaszem.

Polska (po węgiersku Lengyelország) i Węgry (po węgiersku Magyarország) to kraje pod względem mentalności ich obywateli niezwykle podobne. Ba, nawet gospodarczo niewiele się różnimy, bo stopę bezrobocia mamy niemal identyczną (okolice 12-13%). O ile Węgrzy kojarzą Polskę głównie przez wódkę, papieża Jana Pawła II i tego faceta, to Polacy „Madziarów” znają chyba głównie ze szkolnej lektury „Chłopcy z Placu Broni”.

Tym, co natomiast często odróżniało Polskę od Węgier była… koszykówka. Nasi, z pewnymi wyjątkami, grają w nią po prostu lepiej. Ten, kto choć trochę ma pojęcie o węgierskiej kulturze ten wie, że nad Balatonem najbardziej kocha się pływanie i piłkę… wodną (water polo). Koszykówka pozostaje w tyle. Serio – ilu znacie węgierskich koszykarzy? Mi przychodzi do głowy tylko Istvan Nemeth, który niegdyś grał w Eurolidze z Prokomem Trefl Sopot.   

W Turnieju Nadziei Olimpijskich różnic w poziomie organizacji gry w koszykówkę pomiędzy „Madziarami” a biało-czerwonymi absolutnie nie było widać. O jakości naszej reprezentacji U-16 mogliśmy się przekonać po wynikach na turnieju w hiszpańskim Iscar, gdzie zespół Szambelana pokonał rówieśników z Rosji i Turcji. Nie wiem ile o kadrze Węgier U-16 wiedzieli nasi trenerzy, ale moja przedmeczowa wiedza była równa zeru. Na tym zresztą polega pewna tajemniczość i nieprzewidywalność narodowych reprezentacji kadetów. Parafrazując Forresta Gumpa: „Kadry U-16 są jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, co się trafi”.

No i tym razem Węgrzy chyba trafili na wyjątkowe słodkie czekoladki.

Ich rocznik 1998, który przecież zagra w 2014 roku jedynie w Mistrzostwach Europy U-16 dywizji B, zaskoczył bardziej niż Justin Bieber, który niedawno ogłosił zakończenie kariery muzycznej (dopiero później okazało się, że żartował… uff..). Jak to często bywa w przypadku drużyn przegranych, po przeciwnej stronie barykady znajduje się koszykarski kat. Tak było i tym razem. „Madziarzy” wyhodowali kata w postaci Gabora Rudnera (nr 6), który nie tylko na dobrej skuteczności zdobył 23 punkty, ale i wykonał kluczową akcję meczu, gdy na 5 sekund przed końcową syreną wbił się w biało-czerwone „pomalowane” i trafił spod kosza, wyprowadzając swój zespół na jednopunktowe prowadzenie. Rudner, jak się okazało, grał z rocznikiem 97 na ostatnich ME U-16 dywizji B. Tam Węgrzy się nie popisali, przegrali między innymi z Austrią, Holandią i Białorusią, zajmując ostatecznie 13 miejsce w stawce 22 zespołów. Rudner był zmiennikiem, notując śr. 4.2 pkt i 3.3 zb. Ale piątkowy sukces Węgrów to nie tylko zasługa chłopaka rodem z Békéscsaby (?). Cały zespół wyglądał jak zdrowy, dobrze rozumiejący się organizm. Węgrzy zaskoczyli kombinacyjną grą w obronie (niezłe wstawki obrony na całym boisku) oraz bardzo dobrym dzieleniem się piłką w poszukiwaniu wolnego zawodnika. 

Reprezentacja Polski, kolejny raz osłabiona brakiem chyba najważniejszego ogniwa, kontuzjowanego Dominika Rutkowskiego, wcale nie zagrała złego meczu. Po raz kolejny liderem kadry był Mateusz Sczypiński z WKK Wrocław. W Wałbrzychu znamy go doskonale z jego starć z młodzieżą Górnika oraz trzecioligowym zespołem biało-niebieskich. To, że „Szczypek” umie rzucać przekonaliśmy się na I Memoriale im. Stanisława Anacko, gdzie gracz WKK został królem strzelców (Szczypiński to także mistrz Polski U-14 z 2012 roku). Los zespołu Szambelana w meczu z Węgrami był kilkakrotnie w jego rękach. Najpierw dobił swój niecelny rzut, wyprowadzając Polskę na 20 sek. przed końcem na prowadzenie by później podać w aut i nie trafić rzutu rozpaczy w ostatniej sekundzie meczu. Śledząc jego wcześniejsze poczynania w kadrze, 25 pkt (3x3) i 8 zb nie powinno dziwić.

Co innego Bartek Pietras. Na jego występ czekano najbardziej. Gracz Estudiantes Madryt, który na turnieju w Hiszpanii nie grał, tym razem miał dostać swoją szansę. Mierzący 207 cm wzrostu, o patyczkowatej budowie i szerokich barkach, był przedmeczową chodzącą zagadką. W pierwszej połowie jego boiskowe poczynania nie napawały optymizmem. Pietras był równie zagubiony na parkiecie jak biały człowiek w amazońskiej dżungli, oddając dziwne, nieprzygotowane rzuty z półdystansu i snując się niepewnie od kosza do kosza. Po pierwszych dwudziestu minutach drapałem się po swojej zarośniętej głowie, zastanawiając się jakim cudem ten chłopak znalazł się w kadrze. Dość powiedzieć, że wychowanek TKM Włocławek miał na koncie wtedy jedynie 2 punkty.

Druga połowa to zupełnie inny Pietras. Jakby telepatycznie słyszał moje powątpiewania na temat jego potencjału i postanowił wymierzyć mi policzek. W drugich dwudziestu minutach Pietras zdobywa 17 punktów i trafia naprawdę niesamowite jak na swoje gabaryty rzuty. Zawodnik Estudiantes trafił za trzy, nie pomylił się dwa razy z półdystansu, wykańczał akcje pod koszem i trafił oba wolne, co na tak wysokiego 15-latka jest sporym wyczynem.

Przed rokiem Szczypiński i Pietras spotkali się w meczu o złoty medal mistrzostw Polski U-14. Co ciekawe, obaj wtedy nie zachwycili. Szczypiński zdobył 5 pkt (1/8 z gry), a Pietras do 7 zbiórek dorzucił jedynie 2 pkt (1/6 z gry). W piątek ci sami gracze definiowali jakość polskiej koszykówki w roczniku 1998.

Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki. Turniej Nadziei Olimpijskich w Wałbrzychu pokazał, że jesteśmy także koszykarskimi bratankami. No, przynajmniej w roczniku 1998.

czwartek, 26 grudnia 2013

Polska koszykówka młodzieżowa 2013 - ściąga


Już wkrótce, a dokładnie 27 grudnia, w Turnieju Nadziei Olimpijskich w Wałbrzychu zagra reprezentacja Polski U-16 (rocznik 98). W naszym mieście będzie więc okazja spojrzeć w przyszłość polskiej koszykówki. Ale zanim skupimy się na analizie aktualnego zespołu Polski U-16, należy dokonać zarysu polskiej koszykówki młodzieżowej w tym roku.

Rok 2013 jest/był dla biało-czerwonej młodzieży niezwykle udany. Wszystkie trzy zespoły młodzieżowe, U-16, U-18 i U-20, wykonały swoje przedturniejowe założenia. Ale po kolei:

MISTRZOSTWA EUROPY U-16, UKRAINA:

Która dywizja? A - zasługa rocznika 1996, który w ME U-16 dywizji A 2012 zajął 6. miejsce
Rocznik: 1997
Cel przed turniejem: utrzymanie w dywizji A

Miejsce Polaków: 12 (na 16 ekip)
Trener: Jerzy Szambelan
Liderzy: Marcel Ponitka (obecnie Zastal Zielona Góra – juniorzy, Muszkieterowie Nowa Sól – II liga), Wiktor Sewioł (WKK Wrocław).

Polacy na turniej do Kijowa jechali z obawami. Seria kontuzji wykluczyła ze składu kilka ogniw. Cel był jasny – utrzymać miejsce w elicie europejskiej koszykówki młodzieżowej U-16. Trenerem kadry został Jerzy Szambelan, który z rocznikiem 1993 zdobył wicemistrzostwo świata.

Mecze Polaków na Ukrainie oglądałem dzięki ogólnodostępnym strumieniom internetowym na ukraińskim portalu sportowym. Polacy zaczęli bardzo źle, bo od trzech niepowodzeń. O ile kilkunastopunktowych porażek z Serbią i Francją można było się spodziewać, o tyle wynik 43-54 w meczu z Czarnogórą przyjęto z kwaśną miną. Polacy zajęli ostatnie miejsce w czteroosobowej grupie i zostali skazani na grę z pozostałymi trzema najgorszymi ekipami z pozostałych trzech grup, czyli ze Szwecją, Łotwą i Belgią.

Wszystkie te trzy mecze Polacy wygrali wysoko, co dało im 1. miejsce w tej straceńczej grupie. Nowy, skomplikowany system rozgrywek mówi jednak, że to wcale nie zapewnia utrzymania. Polsce przyszło grać o miejsca 9-13 z czego ten, kto zajmie 13. lokatę ma pecha, bo spada do dywizji B. Rywalami zespołu Szambelana były najgorsze drużyny z drugiej rundy rozgrywek. I w taki oto magiczny sposób Polacy trafili ponownie na nieszczęsną Czarnogórę, z którą tak słabo zagrali na otwarcie mistrzostw i z którą teraz mieli zagrać mecz o wszystko. Wygrana 82-74 pokazała waleczną duszę biało-czerwonych i na dobre ukazała talent Wiktora Sewioła. Pochodzący z Jaworzna skrzydłowy zdobył w meczu o wszystko 21 pkt i 11 zb (świetne 8/13 z gry). Sewioł był najjaśniejszą postacią w kadrze w przeciągu całej imprezy. Najciekawsze jest jednak to, że na mistrzostwa pojechał w ostatniej chwili, dokooptowany do składu w miejsce kontuzjowanego Szymona Kiwilszy. Sewioł został najlepszym graczem całych mistrzostw pod względem skuteczności za 2, był też drugi w całym czempionacie pod względem skuteczności z gry. Nieźle jak na kogoś, kto turniej miał śledzić jedynie w internecie.

Obok Sewioła nieźle prezentował się Marcel Ponitka, młodszy brat Mateusza. Mi w pamięć zapadła jednak pojedyncza, głupkowata akcja tego gracza podczas opisywanych mistrzostw. Po świetnym przechwycie Ponitka pobiegł samotnie w stronę atakowanego kosza. Dwóch pewnych punktów jednak nie było, bo zamiast prostego rzutu po dwutakcie Marcel połasił się na wsad, który komicznie mu nie wyszedł (piłka nie wylądowała w koszu). Reakcja trenera Szambelana? Ogłuszające „Nieee!!!!!!” i szybka zmiana. 

Po zwycięstwie z Czarnogórą nasi byli już pewni utrzymania w dywizji A. Pozostała gra o miejsca 10 i 11. Rozluźnieni nieco po meczu z nożem na gardle przeciwko zespołowi z Bałkan, Polacy przegrali kolejno z Litwą (79-84) i Rosją (65-80), zajmując 12. lokatę. Mistrzostwo Europy U-16 zdobyli Hiszpanie, srebro dla Serbii, brąz dla Grecji. Do dywizji B spadła Szwecja, Czarnogóra i Belgia.

MISTRZOSTWA EUROPY U-18, MACEDONIA

Która dywizja? B – bo rocznik 1994 spadł z dywizji A po ME U-18 2012 (ostatnie, 16. miejsce)
Rocznik: 1995
Cel przed turniejem: awans do dywizji A

Miejsce Polaków: 2 (awans do dywizji A)
Trener: Arkadiusz Miłoszewski
Liderzy: Damian Jeszke (Rosa Radom), Mikołaj Witliński (Anwil)

Rocznik 1995 w polskiej koszykówce, podobnie jak 1994, który spuścił nas do dywizji B, nie obfituje w wiele talentów. W 2011 roku rocznik 1995 obronił rzutem na taśmę miejsce w dywizji A dla bardzo uzdolnionego w polskim baskecie pokolenia ‘96. Słabość talentów w ’95 spowodowała, że do Macedonii na mistrzostwa dywizji B w tym roku pojechała połowa kadrowiczów z rocznika ’96 a nie całość z ’95. 

Polacy pokonali różnicą kilkunastu punktów Finlandię, Danię, Holandię, Estonię i Belgię, rozgromili Węgrów i dość niewysoko pokonali Macedonię. W wielkim finale przyszła pierwsza porażka. Polska uległa Czarnogórze 63-64, będąc już pewną promocji do dywizji A, torując tym samym drogę rocznikowi ‘96 na ME U-18 2014 dywizji A, w których polski zespół powinien namieszać.  

Pomimo sporych posiłków z ’96, liderami kadry Polski w Macedonii były dwie polskie wieże urodzone rok wcześniej: bardzo utalentowani Damian Jeszke i Mikołaj Witliński, stawiający od tego sezonu pierwsze kroki w ekstraklasie. 

MISTRZOSTWA EUROPY U-20, RUMUNIA

Kuba Koelner wznosi puchar za Mistrzostwo Europy dywizji B.


Która dywizja? B -  bo rocznik 1992 zajął 5. miejsce w dywizji B w ME U-20 2012
Rocznik: 1993
Cel przed turniejem: awans do dywizji A albo śmierć

Miejsce Polaków: 1 (awans do dwyzji A)
Trener: Mariusz Niedbalski
Liderzy: Przemysław Karnowski (Gonzaga University), Mateusz Ponitka (Telenet Oostende)

System FIBY, według którego kolejne roczniki przejmują spadek po starszych kolegach, jest bolesny. W imię tego systemu nasz uzdolniony rocznik 1993 (4. miejsce w ME U-16 2009, wicemistrzostwo świata U-17 2010, 6. miejsce w ME U-18 2011) musiał się tułać po turniejach dywizji B. Niespodziewanie, tułaczka potrwała o rok dłużej niż się spodziewano.

O ME U-20 dywizji B z 2012 roku wszyscy pragną jak najszybciej zapomnieć. Mało utalentowany rocznik ’92, wsparty polskimi wicemistrzami świata z rocznika ’93, miał spokojnie awansować do elity.  Nic z tych rzeczy. Po komplecie zwycięstw w pierwszej rundzie, w drugiej biało-czerwonych zatrzymują Bułgarzy (70-78) i zespół Izraela (73-76). Z awansu wyszły nici.

Do Rumunii w tym roku kadra jechała już w komplecie w roczniku ’93. Ekipa Niedbalskiego w drodze do finału bardzo pewnie wygrała 6 z 7 meczów. Wstydliwa porażka 74-83 zdarzyła się z Wlk. Brytanią. W finale nadarzyła się okazja do rewanżu na Wyspiarzach. Tum razem biało-czerwoni wygrywają 83-71 i podnoszą puchar Mistrzostwa Europy dywizji B.  

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wesołych Świąt!





Drodzy czytelnicy (kibice, zawodnicy, trenerzy, działacze) !!!!

Siedząc przed swoim malutkim, wysłużonym laptopem pragnę złożyć 

Wam życzenia ZDROWYCH i WESOŁYCH ŚWIĄT !!! 

Niech te Święta będą dla was odskocznią od szkoły, zawodowych obowiązków

oraz codziennych zmartwień i trosk. Oby te Święta

pozwoliły Wam na chwilę (ale tylko na chwilę)

odpocząć od biało-niebieskiej koszykówki i moich blogowych

wypocin na jej temat. Dzięki, że jeteście. Bez waszych pochwał

i głosów krytyki ten blog nie miałby sensu.  



Dominik

niedziela, 22 grudnia 2013

Górnik po pięćdziesiątce


Ostatnio rzadko piszę o biało-niebieskiej młodzieży. Wiem, że wolicie czytać o popisach Górników w III lidze. Tym razem będzie jednak o latoroślach, bo w sobotę, 21.12, w hali OSiR zdarzyło się coś niezwykłego. Podkoszowy wałbrzyszan, pochodzący z Głuszycy Kuba Grabka, zdobył 50 punktów i w pojedynkę poprowadził swój zespół do wygranej z Zastalem Zielona Góra.

Ostatnia przedświąteczna sobota to czas raczej burzliwy i pełen trosk. W hali przy ul. Wysockiego sobota była za to leniwa. Spotkanie rozpoczęło się o 11:00, a na trybunach zasiadło zaledwie kilka osób. Obok pustych kolorowych siedzisk w oczy (uszy?) rzucał się brak muzyki, a promienie słońca, przebijające się przez wielkie okiennice, raziły biegających po wysłużonym parkiecie młodych koszykarzy. 

Kontekst rozgrywkowy? Mecz średniaka z Wałbrzycha z dołującym Zastalem z młodszego rocznika. Dołującym, choć na własnym parkiecie uległym Górnikowi jedynie różnicą trzech „oczek” (52:55).

Kontekst kadrowy? Kadeci Górnika prowadzą nierówną walkę z ogromnym deficytem kadrowym. W składzie znajduje się na dzień dzisiejszy zaledwie 9 graczy, żadnego rozgrywającego, a rotacja kończy się na sześciu zawodnikach!!! Ciężko w takich warunkach wygrywać mecze z kimkolwiek. A jednak nasi dają radę.

Przez wyraźne problemy z liczebnością składu Kuba Grabka gra regularnie niemal pełne 40 minut. Na swojej pozycji środkowego nie ma zmiennika, a w trakcie spotkania zdarza mu się rozgrywać czy grać jako skrzydłowy. W trwającym sezonie już trzykrotnie zdobywał 30 punktów, ale tej granicy jeszcze nie przekroczył.

Na pewno wielu z was myśli:„Po co wspominać o jakimś wysokim kadecie? Pewnie dostaje piłkę pod kosz i z takiej pozycji punktuje”. Nic bardziej mylnego. Akcje „na wieżowca” są grane w lidze młodzików. W kadetach poziom trudności wędruje do góry, co uniemożliwia tego typu siermiężną koszykówkę. Zresztą Grabka nie jest jakimś olbrzymem. Nie dajmy się zwariować.

W słoneczne, choć mroźne południe, Górnik pokonał Zastal 88:57. Niech ten rezultat was nie zmyli. Po trzech kwartach wynik oscylował w granicach remisu. Dobra postawa w obronie, wymuszanie strat oraz kontry wykończyły dobrze grający przez trzydzieści pierwszych minut Zastal. A jak zielonogórzan wykańczał Grabka? Na wiele sposobów:

Akcje 2+1 – Grabka trafiał spod kosza mimo asyst dwóch lub trzech obrońców wokół niego. Poza tym Kuba mijał swojego obrońcę i często punktował pomimo tego, że był faulowany.

Półdystans – nasz środkowy trafiał z kąta 0 stopni na 3 i 4 m od obręczy.

Dystans – w tym meczu nie przypominam sobie jego celnej „trójki”. Wiem jednak dobrze, że potrafi z dystansu trafić, bo robił to już w poprzednich spotkaniach.

Kontratak – Grabka grał najdłużej i miał prawo nie zdążyć wybiec do kontry. Eee tam. Kuba hasał po boisku jak gazela po afrykańskiej sawannie. Raz w kontrze zaliczył udanego lay-upa po dwutakcie, innym razem próbował wsadu. Skończyło się na dotknięciu obręczy palcami, ale najważniejsze, że po tej akcji na swoje konto mógł dodać kolejne dwa „oczka”.

Ekwilibrystyka -  w jednej z akcji Grabka dynamicznie „wbił się” pod kosz i zanurkował w gąszczu trzech obrońców. Nie widząc kosza oddał rzut kelnerski, Trafił. Innym razem dostrzegł szparę w obronie Zastalu i przedarł się na dwutakcie pod kosz, skutecznie wykańczając rzut po przedziwnym ręcznym kołowrotku w powietrzu. No i ostatnia akcja meczu: Grabka rzuca od niechcenia z ok. 9 metrów do kosza. Punkty.

W koszykówce zdarzają się takie mecze. Mecze, w których wpada niemal każdy rzut. Mecze, w których ma się wrażenie, że nawet opaska na oczach nie jest w stanie przeszkodzić w oddaniu celnego rzutu. Tego typu historie mają miejsce bardzo rzadko i nie są dostępne dla wszystkich zawodników. W przeciągu całego sezonu Grabka rolę wybawiciela swojego zespołu odgrywał już nie raz. Nigdy jednak do tego stopnia. 

Czy Grabka zagrał swój mecz życia? Chyba tak, choć komicznie pisać o meczu życia w przypadku 15-latka. Oby podobne spotkania, i co najważniejsze z podobnym skutkiem dla jego zespołu, zdarzyły mi się jeszcze nie raz.

piątek, 20 grudnia 2013

Koszykarskie przedstawienie a szkolny teatrzyk


Derrick Brown, niegdyś Charlotte Bobcats, obecnie Lokomotiv Kubań Krasnodar.

Pierwsza połowa dobiega końca. Po supernowoczesnym dębowym parkiecie w hali Aqua Zdrój biegają właśnie aktualny wicemistrz Europy, mistrz NCAA sprzed kilku lat, brązowy medalista Mistrzostw Świata 2010, mistrz Euroligi 2011 i facet z ponad 170 grami w NBA. Lokomotiv Krasnodar walczy ze zgorzeleckim Turowem. Pierwsze dwadzieścia minut kolejnego meczu Zjednoczonej Ligi VTB w Wałbrzychu za nami. Na tablicy wyników skromne 30:19 dla zespołu z Rosji.

Nagle, na samym szczycie jednej z trybun, Krzysiek zaliczył spontaniczne ziewnięcie, mówiąc: „Kurczę, nie pamiętam kiedy ostatni raz mi się to zdarzyło na meczu kosza”. A zdarzyć się miało prawo, bo będący lekko po 40-stce Krzysiek chodzi na koszykarskie widowiska od lat 80. Naszego Górnika w akcji ogląda od lat. Tym razem w Wałbrzychu zagrał Turów Zgorzelec, z którym lokalnym kibicom bardzo trudno się zidentyfikować. Brak identyfikacji+ brak fanatycznego dopingu = brak emocji. Stąd pewnie te ziewnięcie.

Mi ziewnąć się nie zdarzyło, choć skłamałbym pisząc, że pojedynek Lokomotivu z Turowem był ekscytujący. Kibicom mogły podobać się pojedyncze akcje, ale całokształt sportowy, co potwierdza wielu obserwatorów, nie zrobił wrażenia. Bo co innego docenić wysiłek organizatorów w poczęstowaniu miejscowych kawałkiem Europy, a co innego przeżywać czysto spontaniczne emocje w trakcie samego spotkania. Mecz przypominał bardziej sparing, niż europejskie rozgrywki, bo fanatycy ze Zgorzelca w dzień roboczy dojechali w niewielkiej ilości. A gdy na trybunach zapada grobowa cisza, gdy na boisko wybiegają dwie obce miejscowym kibicom drużyny, to przypuszczam, że nawet wizyta samych Wizards z Marcinem Gortatem nie zmieniłaby tego obrazu.

Należy jednak pamiętać o tym, że w Wałbrzychu mieliśmy okazję obejrzeć naprawdę klasowy zespół. Wielu obecnych na meczu nie do końca zdawało sobie z tego sprawy. Skorzystajmy zatem z porównania piłkarskiego, bo przecież na futbolu w Polsce znają się wszyscy bez wyjątku. Koszykarski Lokomotiv Kubań Krasnodar to coś pomiędzy piłkarskimi Galatasaray Stambuł i FC Porto.

Lokomotiv, podobnie jak Galatasaray, od niedawna mocno akcentuje swoją obecność w Europie. Drużyny z Rosji i Turcji w podobny sposób nie szczędzą pieniędzy na sprowadzanie gwiazd, choć mimo wszystko w Krasnodarze próżno szukać tej klasy koszykarzy, co grający w Stambule piłkarze Wesley Sneijder i Didier Drogba. Oba zespoły wcześniej wygrały rozgrywki europejskiej drugiej ligi (różnica polega na tym, że Lokomotiv Eurocup wygrał w zeszłym roku, a Galatasaray po stary Puchar UEFA sięgnął w 2000 roku).

Lokomotiv rzecz jasna nie ma na koncie „mistrzostwa Europy” jak FC Porto, ale jest podobny klasą do obecnego zespołu Portugalczyków. Krasnodar po Eurocup sięgnął w obecnym, 2013 roku, FC Porto wygrało piłkarski odpowiednik, Ligę Europejską w 2011 roku. Do sukcesów w pucharach obie ekipy prowadził młody, zdolny trener. W tym przypadku, różnica jest taka, że koszykarski Lokomotiv, w skali Europy, dysponuje lepszym składem, niż obecne piłkarskie Porto.

Co powiedział nam europejski dwumecz w Wałbrzychu? Przede wszystkim pokazał, że w Wałbrzychu naprawdę kocha się koszykówkę. Bardzo dobra frekwencja na weekendowym meczu Lietuvos-Turów oraz dobra na poniedziałkowym pojedynku Lokomotiv-Turów utwierdza w przekonaniu, że w naszym mieście jest sens inwestowania w basket.

Z meczami ligi VTB w Wałbrzychu jest trochę jak z ojcem, który przyszedł na przedstawienie szkolne syna, choć ten nie mógł wystąpić na scenie z powodu choroby. Pomimo tego na teatrzyk przyszedł, z synem pod pachą, by docenić wysiłek tych, którzy ostatecznie przedstawienie organizowali i w nim wystąpili.

Tak oto kibice na koszykarskie przedstawienie przybyli, pomimo niedyspozycji ich pociechy, Górnika, i niewielkiej wiedzy o samym przedstawieniu (liga VTB była w rzeczywistości dla wielu fanów jest jak małoznaczący szkolny teatrzyk, bo nazwiska europejskich gwiazd mówiły tyle, co nazwiska uczniów z klasy syna). Przyszli z ukochanym Górnikiem (i na jego prośbę) pod pachą, by docenić wysiłek organizatorów w garniturach i aktorów w krótkich spodenkach i sportowych butach. I co z tego, że komuś zdarzyło się ziewnąć? Na szkolnych teatrzykach też ziewają. 


poniedziałek, 16 grudnia 2013

Twarde warunki i niecne sprawunki


(4-5) WKK II Wrocław – (9-0) Górnik Wałbrzych 58:67

Była pierwsza kwarta meczu WKK II Wrocław – Górnik Wałbrzych a ja, siedząc na trybunach kameralnej hali AWF we Wrocławiu, doszedłem do wniosku, że świat się kończy. W Egipcie po raz pierwszy od 112 lat spadł śnieg, a we Wrocławiu Górnicy przegrywali z nieopierzoną grupą gimnazjalistów i licealistów 0:10, 11:22 i 12:30.

W pierwszej fazie meczu koszykarze WKK byli natchnieni niczym Mickiewicz podczas pisania „Pana Tadeusza”. Ich skuteczność z dystansu obalała wszelkie rachunki prawdopodobieństwa. Tablica z wynikiem patrzyła na wałbrzyskich kibiców coraz groźniejszym wzrokiem. Nie wszyscy entuzjaści biało-niebieskiej koszykówki zdążyli zająć swoje miejsca, gdy na tablicy było już 0:10. Wynik do przerwy, 29:40, fani widzieli już w komplecie.

Chaos, nerwowość, nijakość, niezastawiona tablica przy zbiórkach, straty. Wałbrzyszanie zagrali równie słabą pierwszą połowę, co… drugie dwadzieścia minut w pierwszym starciu z WKK u siebie.

Pomimo słabej postawy w pierwszej połowie, w górniczych kibicach miała prawo tlić się iskierka nadziei. Gospodarze, w pierwszej połowie gorący z dystansu niczym lipcowa turecka noc, musieli zacząć pudłować. Każdy osobnik będący świadkiem choćby kilku meczów koszykówki w swoim życiu dobrze wie, że samymi rzutami zza linii 6,75 m meczu się nie wygra. Nie ma takiej możliwości i koniec. WKK musiało urozmaicić swoją grę, przez wykorzystanie graczy podkoszowych.

Porównywanie siły podkoszowej WKK II i Górnika to trochę jak stawianie obok siebie gospodarek Polski i Szwajcarii – różnica jest bardzo wyraźna. To Górnik w tym przypadku jest Szwajcarią. Zespół Tomasza Niedbalskiego przystąpił do meczu bez żadnego środkowego, a jedyną wartością pod tablicami był młodzieżowy reprezentant Polski U -16, Wiktor Sewioł – nominalny skrzydłowy, za niski do gry na pozycji środkowego. Biało-Niebiescy dobrze wiedzieli o swojej przewadze, kierując piłkę nieustannie pod obręcz. Gdy nasz wysoki był podwajany, piłka trafiała na czysty obwód. I tak w kółko do 40 minuty spotkania, z drobnymi wstawkami gry pick&roll.

Od połowy trzeciej kwarty wiedziałem, że ten mecz wygramy. Młodzież WKK walczyła jak lwy, próbowała się odgryzać, ale sił starczyło do drugiej minuty czwartej kwarty, gdy na pierwsze prowadzenie w meczu (51:48) Górnika „trójką” wyprowadził Józefowicz. Doświadczenie ostatecznie wzięło górę nad przebojowością gospodarzy. Nie ulega jednak wątpliwości, że WKK potrzebowało jedynie przeciętnej trzecioligowej klasy środkowego by ten mecz wygrać. 


M. Borzemski – zaczął w pierwszej piątce w miejsce kontuzjowanego Myślaka. Trafił „trójkę” na przełamanie w koszmarnej dla całego zespołu pierwszej połowie, zaliczył ładną asystę pod kosz w drugiej połowie. Miał też kilka strat.

M. Fedoruk – niespodziewanie dość wcześnie pojawił się w grze. Dostał kilkanaście minut. Raz trafił z 3 m od kosza, innym razem wykończył spod dziury świetne podanie Glapińskiego. W obronie zdarzyły mu się wpadki w ustawieniu, co mocno wyprowadziło z równowagi trenera.

R. Glapiński – trudno go ocenić, choć dyrygował grą zespołu niemal przez pełne 40 minut. Z jednej strony dobrze wymuszał faule, zaliczył kilka asyst i umiejętnie sterował tempem akcji zespołu. Z drugiej koszmarnie pudłował z dystansu (bodajże 0/7 lub 1/7 za trzy) i momentami puszczały mu nerwy w starciach z sędziami i młokosami z WKK. Cud, że nie doszło do bójki.

D. Iwański – początek miał trudny, bo potrajany pudłował spod samej obręczy. Z czasem jednak jego zbiórki i umiejętne ustawienie w polu trzech sekund było kluczowe. „Iwan” czekał na podania i wykorzystywał swoją przewagę fizyczną nad chudymi młokosami WKK. Wciąż ma duże problemy na linii rzutów wolnych.


B. Józefowicz – szczwany lis o twarzy pokerzysty. W przeciągu całego meczu wyraz jego twarzy się nie zmieniał. Nie ulegał prowokacjom, na boisku robił po prostu swoje. A prowokowany był. W pewnym momencie z trybun zszedł do niego miejscowy kibic, rodzic jednego z młodych graczy gospodarzy. Kibic stanął przy linii środkowej boiska i „zagadał” do „Józka”. Panowie spojrzeli sobie głęboko w oczy. Po chwili, wizyta sędziego zakończyła to towarzyskie spotkanie. Dobrze, ze Józefowicz skupił się na grze. Jego kilka sprytnych przechwytów i celnych rzutów z dystansu i półdystansu było kluczowych. To już drugi wyjazdowy mecz, w którym „Józek” gra pierwsze skrzypce. Pierwszym było starcie w Siechnicach i jego 25 punktów (102:84). Oprócz wielu udanych akcji w pionie, „Józek” dwukrotnie nurkował w walce o piłkę. Był jednym z najstarszych graczy na boisku, ale to chyba jemu chciało się grać najbardziej.

M. Karwik – jego dwa krótkie wejścia miały na celu jedynie dać złapać oddech Iwańskiemu

P. Maryniak – krótki występ. Niekorzystny wynik kazał trzymać w grze Glapińskiego, więc jego zmiennik większość meczu oglądał z perspektywy ławki.

S. Narnicki – w ofensywie był poza obiegiem, ale popracował w obronie. Jedyne punkty w meczu zdobył z rzutów wolnych.

P. Olszewski – tak jak Karwik - rotował Iwańskiego. Szkoda, że nie zagrał dłużej, bo jego gabaryty pod tablicą mogły na dobre wystraszyć młodzież WKK.

A. Stochmiałek – rok temu w pojedynku z WKK, w tej samej hali, z jego nosa polała się krew. Adrian tym razem postanowił pozostać w cieniu i unikać wrocławskich szpitali, choć swoje w ofensywie zrobił. W jednej z akcji niemiłosiernie ograny pod koszem przez 16-letniego Karola Kruczałę, który go powiesił w powietrzu, obrócił się i wykonał skuteczny lay-up.

Na ławce całe spotkanie spędzili M. Krzymiński i D. Durski. (Ok, ten pierwszy zagrał, ale tak krótko, że postanowiłem pozostawić go na ławce).