Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lubin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lubin. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 marca 2014

Zapisz się na wyjazd!

Listopad 2012. Dziewiątka osób w ośmioosobowym busie jest w niezłym nastroju. To dziwne, bo powodów do zmartwień nie brakuje. Za szerokim uśmiechem ukrywa się bowiem koszmarna kombinacja cyfr, przypominająca o sportowym upadku.

0-6.

Słownie: Zero-sześć.

Zmierzaliśmy do Wschowy na mecz biało-niebieskich z rezerwami WSTK, których pierwszy zespół w tym czasie spełniał się w roli worka bokserskiego dla rywali w II lidze. W III lidze takim bezbronnym workiem, przyjmującym od rywala cios za ciosem, był Górnik Wałbrzych. Sześć porażek w sześciu meczach. Mizeria w grze mieszała się z beznadzieją, a nadzieja na lepsze jutro przygasała w kibicowskich oczach z każdą porażką. W listopadzie 2012 Górnik był na samym dnie koszykarskiej piramidy, a kibicom wydawało się, że na pierwsze zwycięstwo przyjdzie poczekać mniej więcej tyle czasu, ile na swojego pierwszego Oscara czeka Leonardo Di Caprio, czyli całą wieczność.

Górnik okupował najniższą pozycję w łańcuchu pokarmowym. Tak, nasi byli reducentami basketu. W tak ponurym czasie dla wałbrzyskiej koszykówki, gdy straszono interwencją komisarza Borewicza, trzeba było być szaleńcem, by poświęcać wolny czas na wyprawę do Wschowy. Szaleńcem, bądź szalenie oddanym swojemu klubowi kibicem.

Na zbiórce pojawia się nadkomplet. Błędy w planowaniu. Jest o jedną osobę za dużo. Na całe szczęście, kierowca okazuje się podatny na finansową perswazję. Ósemka kibiców (dziewiąta osoba to kierowca), która znalazła się w busie do Wschowy zasługuje na uznanie, bo nie opuściła klubu w momencie, gdy ten leżał na łopatkach. Ośmiu wspaniałych. Cieszę się, że miałem okazję być częścią tej grupy wyjazdowej (uzupełnionej kilkoma osobami, które dotarły na mecz innym transportem).

Górnik we Wschowie wygrał wysoko, a 40 punktów zdobył Sławek Buczyniak. Kolejne trzy mecze wałbrzyszanie także zakończyli z tarczą, ale sezonu już nie uratowali, z bilansem 7-11 zakotwiczając w III lidze na dobre.

Każdy wyjazd na mecz wiąże się z zacieśnianiem znajomości. I to dosłownie, bo w busach, pociągach i samochodach jest wiecznie ciasno i niewygodnie (no chyba, że w czterokołowcu siedzi się z przodu, obok kierowcy). Każdy wyjazd na mecz Górnika to też osobna, niepowtarzalna historia i ciekawe doświadczenie. W drodze powrotnej z finałów MP U-14 z Opalenicy przez CB Radio szukaliśmy w Lesznie KFC, we Wrocławiu, wraz z Mattim i moją chińską koleżanką robiliśmy relację live akcja po akcji z meczu ze Śląskiem II, w Kątach zabłądziliśmy pomimo GPS-a, w Jeleniej Górze doszło do festiwalu nieporozumień i chwilowej secesji „grupy idącej na pizzę” od „grupy najedzonej”, a w drodze na tegoroczny mecz ze Wschową jeden z kibiców szukał szczęścia w miłości u pewnych dziewczyn poznanych w Mcdonald’s (dwa ostatnie przykłady z opowiadań, bo na meczu ze Spartakusem i WSTK niestety mnie zabrakło).

8 marca 2014 roku, w Dzień Kobiet, Górnicy jadą na ostatni wyjazdowy mecz w sezonie do Lubina, a kibice zapraszają do swojego grona nowe twarze zainteresowane wyprawą za biało-niebieskim zespołem, który może i nie zachwyca koszykarskich purystów swoją boiskową postawą, ale rehabilituje się przyjazną z dla oka kombinacją cyfr 11-1.

W listopadzie 2012 roku, w dniu wyjazdu na mecz z WSTK II Wschowa, II liga wydawała się znajdować gdzieś w odległej galaktyce. Po roku i czterech miesiącach od tamtego wydarzenia ta bliżej niezidentyfikowana galaktyka nagle zamajaczyła na biało-niebieskim horyzoncie.

Każdy wyjazd opowiada pewną historię. Większą bądź mniejszą. Możliwe, że za rok i cztery miesiące od dnia, gdy tworzę ten wpis na bloga, Górnik będzie miał już za sobą udany sezon w II lidze, a wyjazd na mecz z SMK Lubin będzie tylko miłym wspomnieniem koszmarnych dla kibica trzecioligowych czasów.


Twórz miłe wspomnienia z kibicami Górnika i zapisz się na wyjazd. 

Szczegóły TUTAJ. 

poniedziałek, 18 listopada 2013

Koszykarski tragizm

(6-0) Górnik Wałbrzych – (2-3) SMK Lubin 75:42

Kibic koszykarskiego Górnika to postać tragiczna, osobowość wstrząśnięta sprzecznościami. Z jednej strony, to postać radująca się z kolejnych zwycięstw swojego ukochanego zespołu. Z drugiej, biało-niebieski kibic to osobnik lamentujący nad nie do końca przekonywującym stylem kolejnych zwycięstw.

W szóstej serii spotkań Górnicy wygrali wysoko, choć pojedynek z SMK Lubin przyniósł tyle emocji, co rozwiązywanie krzyżówki. Nie trzeba być koszykarskim ekspertem by stwierdzić, że „miedziowi” to zespół wyjątkowo amatorski, niedoświadczony, nieograny. Biało-Niebiescy zwyciężyli pewnie, ale początek drugiej połowy, niczym polski film, uśpił niejednego obserwatora. Trzecia kwarta, w której Górnik grał właściwie drugą piątką, zakończyła się bardzo niskim wynikiem 12:8 dla Lubina. Syndrom trzeciej kwarty dotknął też Klub Kibica, który w komplecie w sektorze pojawił się dopiero w piątej minucie trzeciej kwarty. Cóż, nieobecni niewiele stracili.

W kontekście całego meczu warte odnotowania są walka w parterze o piłkę Bartłomieja Józefowicza oraz jego dobra skuteczność z gry, co w meczu domowym jest nowością, a także awans Mariusza Karwika, który przeskoczył w rotacji Sławomira Olszewskiego. W drugiej połowie dużo minut dostał 16-letni Maciej Krzymiński. Nasz junior pokazał się z dobrej strony, zdobył 7 punktów: trafił na otwarcie za trzy (dwa późniejsze rzuty z dystansu dotknęły jednak jedynie tablicę), wykorzystał oba rzuty wolne, zaliczył dwa przechwyty, wykończył w kontrze akcję 2+1, choć popełniając przy niej błąd kroków. Krzymiński wyglądał lepiej w pojedynku z trzecioligowcem z Lubina, niż w starciu w lidze juniorów ze Śląskiem. Nie ulega jednak wątpliwości, że to wrocławianie byli silniejszym zespołem. Wydaje się, że tak jednostronnych starć jak to z SMK jeszcze w tym sezonie kilka obejrzymy. Gdy Górnicy wysoko porwadzą, nadarza się idealna okazja do ogrywania biało-niebieskiej młodzieży. Okazja, by w akcji sprawdzić w nie tylko osamotnionego juniora Krzymińskiego, ale także może jednego, dwóch jego kolegów.  

Możemy narzekać na intensywność gry wałbrzyszan, ale nie mamy prawa psioczyć na końcowy wynik. Już we wrześniu 2012 roku, u progu poprzedniego sezonu, czekaliśmy na takie mecze. Mecze przewidywalne, pozbawione emocji, wysoko wygrane. Już w sezonie 2012/13 zwycięstwa miały nas nudzić, przybliżając jednocześnie do II ligi. W taki sposób wyobrażaliśmy sobie III ligę. Byliśmy w grubym błędzie. Poprzedni sezon wstrząsnął nami równie silnie, jak szaleńczy tajfun wstrząsnął niedawno Filipinami. 

Końcowy wynik pojedynku z SMK powinien być naszym trzecioligowym szablonem, który byłby wklejany w każdej kolejce. Szablon ten charakteryzowałby się przytłaczającą do znudzenia przewagą biało-niebieskich, zakończoną wysokim zwycięstwem w pięknym stylu, które negowałoby wyżej opisany tragizm. I tak aż do awansu szczebel wyżej.


czwartek, 14 listopada 2013

Ale za to niedziela, niedziela...


… będzie dla mnie.

Górnik – SMK Lubin w niedzielę, 17.11 o 17:30 w Aqua-Zdroju.

Pewnego razu ktoś mi zarzucił w komentarzu, że jestem na blogu strasznie nieobiektywny. Oczywiście, że jestem nieobiektywny. Blog jest przestrzenią wyrażania siebie, miejscem, gdzie wylewa się własne, całkowicie subiektywne odczucia. Blog nie ma prawa służyć kopiowaniu już dostępnych artykułów czy uprawianiu grafomanii.

Bardzo się cieszę, że gramy w niedzielę. Bardzo subiektywnie mi to pasuje, bo pozwala złapać drugi oddech po sobotnich gonitwach w kierunku hali, gdy godzina meczu niefortunnie zgrywała się z moim powrotnym pociągiem z  wrocławskich studiów podyplomowych.

Oddech ciężko łapałem w słoneczny dzień meczu z WKK II Wrocław, gdy po szybkim marszu w kierunku przystanku autobusowego przyszedł czas na sprint w stronę dworca. Półtorej godziny później kolejny szybki marsz – tym razem już z wałbrzyskiego dworca w stronę przystanku. Spojrzałem na zegarek. Najwyższa pora działać. Żadnego autobusu. Upewniam się, że mój naiwny plan oszukania czasu jest skazany na niepowodzenie. Trudno, spóźnię się. Postanawiam do hali OSiR-u dostać się piechotą. Po kilkuset metrach żwawego marszu zatrzymuje się przede mną samochód. Słyszę klakson, kierowca macha do mnie. To "Żary", kościsty człowiek z Wałbrzyskiego Kotła. Pakuję się na tylne siedzenie. Opony zapasowe kradną mi przestrzeń pod nogami. To nic. Docieramy do hali równo z prezentacją zawodników. Udało się.

Pojedynek ze Spartakusem. Na dworcu z grymasem na twarzy przekonuje się, że spółka PKP Przewozy Regionalne nie gra w mojej drużynie. Zmiana rozkładu jazdy pociągów każe mi zrezygnować ze sprintów. Czasu już nie oszukam, nie zdążę na początek meczu. W Wałbrzychu jestem z powrotem równo z początkiem spotkania. I choć transfer z dworca na halę na Białym Kamieniu jest długi i monotonny, to po drodze spotykam Szymona Kurzepę, który, także spóźniony, zmierzał na mecz. Do hali docieram z końcem pierwszej połowy. Doceniam każdą minutę, którą było mi dane zobaczyć. Nie żałuję nawet tych nędznych minut spędzonych w przerwie w kolejce do halowego sklepiku.

Mecz z Lubinem wykreśliłem z mojego kalendarza na dobre. Miałem dość konsumowania dwóch pieczeni na jednym ogniu, szybszego bicia serca, łapania brakujących oddechów i pocenia się w zdecydowanie za grubej do biegania kurtce.

Rola administratora www.gornik.walbrzych.pl sprawia, że informacje o terminach meczów otrzymuję jako jeden z pierwszych. Szybciej nawet od samych zawodników, o czym przekonałem się po rozmowie z Mateuszem Myślakiem.

No więc kończy się weekend, a moją skrzynkę pocztową zalewa kolejna fala terminarzy. Spoglądam na datę spotkania z Lubinem. Z początku nie wierzę własnym oczom. Później uśmiecham się głupio do mojego dostawcy poczty z Doliny Krzemowej.

Niedziela!!! Przerwa w nerwowym, sobotnim bieganiu stała się faktem.