Szukaj na tym blogu

piątek, 11 kwietnia 2014

Baraże 2014: dzień 1



Żurawiczki koło Przeworska, 11.04.2014

Jest późny wieczór, a ja siedzę na pierwszym piętrze domu dziadków naszego kierowcy i wciąż niedowierzam, czego byłem dziś świadkiem. Kilkanaście godzin wcześniej mnie i moich współtowarzyszy podróży budził przenikliwy głos koguta, który maszerował z kurami po podwórzu podkarpackiej wsi o wdzięcznej nazwie Żurawiczki. Gdy w południe rustykalny klimat Żurawiczek zamieniliśmy na pełen koszykarskich emocji Przemyśl, nie mieliśmy pojęcia, w jak dużym szoku się znajdziemy. Tego dnia Górnik Wałbrzych stanął przed pierwszym poważnym testem na wyboistej drodze w kierunku II ligi.

***

Zaczęło się niewinnie. Od żartu. N. wybrał numer telefonu Mateusza Myślaka. Obrońca Górnika odebrał po chwili:

„Cześć Matti. Jak tam w Przemyślu? Dzwonię by ci powiedzieć, że wraz z kolegami zbieramy się u mnie by śledzić relację live z meczu z Pogonią. Mam nadzieję, że rozumiesz dlaczego nie pojechaliśmy za wami na baraże. Przemyśl jest strasznie daleko. Doszliśmy do wniosku, że koszta nas zjedzą (…) No, nic… Trzymamy kciuki i życzymy powodzenia na boisku!”

N. się rozłączył, pozostawiając Myślaka pewnego, że podczas baraży koszykarze są zdani tylko na siebie. Mateusz nie mógł wiedzieć, że N. nie dzwonił ze swojego wałbrzyskiego pokoju, ale z tylniego siedzenia samochodu, który w momencie rozmowy był oddalony od Przemyśla o zaledwie 45 km.

Piątka fanatyków koszykówki nie zasiadła przed monitorem, ale, by wesprzeć swój zespół, pokonała 598 km. W czasie długiej, nocnej wyprawy długo zastanawialiśmy się, po co u licha pokonujemy cały kraj wrzesz dla pół-amatorskiej koszykówki. Ostatecznie, nie znaleźliśmy logicznej odpowiedzi.

W Przemyskim Ośrodku Sportu i Rekreacji znaleźliśmy się półtorej godziny przed meczem. Z cierpliwością czekaliśmy na biało-niebieskich. Pierwszy na rozgrzewce pojawił się Daniel Iwański, który był w niemałym szoku, widząc wałbrzyskich kibiców siedzących na wyjątkowo wygodnych zielonych krzesełkach. „Iwan” podszedł do nas i z mieszanką podziwu i zaskoczenia przywitał się z nami. Zaraz po nim, pojawiali się kolejni zawodnicy, działacze, trenerzy. Pojawił się także Myślak, który groźnie pokiwał palcem w kierunku żartownisia N., jeszcze godzinę wcześniej zapewniającego, że żadnych kibiców w Przemyślu nie będzie.

Wszyscy byli pod wrażeniem naszej długiej wyprawy. To samo można powiedzieć o jednym z organizatorów, który sympatycznie przywitał nas w hali i życzył miłego pobytu na Podkarpaciu.

Gdy biało-niebiescy kontynuowali przedmeczową rozgrzewkę, długo zastanawialiśmy się nad górniczymi szansami w barażach. Nieprzewidywalność III ligi sprawiła, że mieliśmy prawo drżeć o końcowy wynik. Obok nieprzewidywalności, cała nasza piątka, niczym jeden mąż, miała w pamięci mankamenty w górniczej grze w przeciągu całego sezonu.

Po chwili wypuściliśmy w powietrze serpentyny. To, co zdarzyło się później, przyszło znienacka. Zaatakowało nas w momencie naszej kibicowskiej nieuwagi, w chwili, gdy nasz koszykarski, biało-niebieski sceptycyzm sięgnął zenitu.

Górnik zagrał NAJLEPSZY MECZ OD CO NAJMNIEJ DWÓCH SEZONÓW. Świetna egzekucja w ataku, płynna realizacja akcji pick&roll, umiejętne podwajanie rywala z piłką na obwodzie. Podkarpackie powietrze Górnikowi służy.

Tego dnia Rafał Glapiński był bezbłędnym reżyserem gry, Piotr Niedźwiedzki siał postrach w polu trzech sekund, a Daniel Iwański trafił bodajże 5 z 6 rzutów wolnych, co ostatni raz zdarzyło mu się….hmm…. nie zdarzyło mu się nigdy.

Ręce same składały nam się do oklasków, a wynik 51:23 do przerwy wydawał się niczym ze snu. W drugiej połowie problemy z ramieniem i nogą miał Niedźwiedzki, a Pogoń rozpoczęła festiwal celnych rzutów za trzy. Wałbrzyszanie kontrolowali jednak tempo gry, dowożąc korzystny rezultat do końca spotkania.

Nasi koszykarze szukali formy od dwóch sezonów. Po 7. miejscu w III lidze przed rokiem oraz mało przekonywującym zwycięstwie w rozgrywkach 2013/14, wydaje się, że Górnicy wreszcie trafili z formą. Wyczucie czasu idealne.

***


Jest wieczór i siedzę na pierwszym piętrze domu w Żurawiczkach. Jutro kolejna podróż do Przemyśla na kolejny mecz Górnika. Czy nasi potwierdzą niebywale wysoką formę? Wierzę, że tak!

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

598 km od koszykarskiego wyzwania


Ameryka. Rok 1975. W farmerskim miasteczku na południu stanu Indiana bliżej nieznany światu 19-latek skończył przerzucać bele siana. Dokładnie 1300 bel siana. Chwilę później wskoczył do samochodu, gdzie przebrał się w strój sportowy, a siedzący za kierownicą brat obrał kurs na Mitchell, niewiele większą, oddaloną od ich rodzinnego French Lick o 40 km, mieścinę z tego samego stanu.

- Przerzucałeś siano? – zapytał trener King
- Tak, proszę Pana – odpowiedział 19-letni młodzieniec
- Twoje ramiona pewnie są mocno przemęczone – stwierdził King
- Ledwo mogę je podnieść – odparł nastolatek

W Mitchell najlepsi młodzi koszykarze stanu zagrali z drużyną chłopaka, który jeszcze niedawno przerzucał bele siana. Bob King, szkoleniowiec Indiana State University, przyjechał na południe obejrzeć w akcji chłopaka z French Lick. Zmęczenie po ciężkiej robocie i obolałe ramiona obserwowanego młodzieńca nie napawały trenera Kinga optymizmem. Niesłusznie. 19-latek zdobył 43 punkty i 25 zbiórek. Trener King był pod wrażeniem 19-latka. Larry Bird, bo o nim mowa, niedługo po tym meczu był już na uniwerku Indiana State, a po latach jest wymieniany w gronie pięciu najlepszych koszykarzy w historii.

Wyżej opisana historia pochodzi ze wspólnej książki Larry’ego Birda i Magica Johnsona pt. „When the Game Was Ours”. Książki, którą teraz czytam i którą pewnie jeszcze zacytuje na blogu nie raz.

Larry Bird w 1975 roku przerzucał przez wiele godzin siano. Nasz Górnik, za kilka dni, spędzi wiele godzin w podróży. Los dla biało-niebieskich nie był łaskawy, bo droga do wymarzonej II ligi jest dłuższa niż zakładano. I choć pewnie żaden z Górników w najbliższych dniach nie będzie przerzucał siana, to 598 km (wg Google), które dzieli Wałbrzych od miejsca rozegrania pólfinałów baraży, wydaje się niewiele mniej męczące.

Dystans do miejsca baraży, czyli Przemyśla, jednego z najstarszych miast w Polsce, znanego z religijnego zróżnicowania mieszańców, rzeki San oraz miejsca leczenia wielu rannych na Majdanie Ukraińców, pozostawia u kibiców grymas na twarzy. Prawie sześć stów na liczniku nie jest pocieszające również dla wałbrzyskich koszykarzy.

W naszej drużynie nie ma rzecz jasna drugiego Larry’ego Birda. Pewnie nikt nie rzuci 43 punktów. Nie będzie to miało jednak znaczenia, jeżeli nasi wytrzymają trudy podróży i codziennej gry przez trzy dni z rzędu.

Cóż, słowami mojego dyrektora liceum do swoich marudzących na trudy lekcji uczniów: „Nikt nie mówił, że będzie łatwo”. W trudnych chwilach koszykarskiego maratonu warto więc pomyśleć o 1300 belach siana Larry’ego Birda.



Pierwszy mecz w piątek, 11 kwietnia, o 16:00 z Pogonią Ruda Śląska.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Przed barażami: o rywalach

Blisko. Bliżej. Bliziutko. Półfinały baraży o awans do II ligi są już widoczne na biało-niebieskim horyzoncie. Górnicy poznali rywali w tym pierwszym etapie walki o lepszą przyszłość basketu w Wałbrzychu. Pomimo tego, że o trzecioligowej polskiej koszykówce wiadomo niewiele więcej niż o zaginionym malezyjskim samolocie, postaram się wam przybliżyć rywali Górnika. Oto, co znalazłem po przedarciu się przez internetową puszczę:


UKS REGIS WIELICZKA


O klubie: Pomarańczową piłkę w Wieliczce zaczęli odbijać już w 1947 roku. Miejscowy zespół nazywał się, a jakże, Górnik Wieliczka. Pięćdziesiąt jeden lat później, pewnego ciepłego, majowego dnia, doszło do spotkania w szybie „Regis”, gdzie grupa ludzi założyła stowarzyszenie koszykówki wokół którego zebrała się lokalna młodzież ze szkół podstawowych. W taki właśnie sposób, w formie SKS-u, chłopaki z Wieliczki zaczęli trenować, a później stanęli do rywalizacji z rówieśnikami z pobliskiego Krakowa. W 2001 roku pod kopalnią soli powstała za to pierwsza klasa koszykarska, będąca zalążkiem poważniejszego basketu w mieście. Wtedy też Regis zaczął współpracę z Górnikiem i… zbierał tęgie lanie od rywali przez kilka kolejnych sezonów. W 2006 roku przyszedł pierwszy spory sukces – mistrzostwo Małopolski młodzików. W sezonie 2007/08 kadeci Regisu byli najlepsi w regionie, organizując w dodatku turniej ćwierćfinałów MP u siebie, z którego jednak nie potrafili awansować do półfinałów.  W tych samych rozgrywkach najlepsi w Małopolsce byli także młodzicy z Wieliczki, którzy, podobnie jak starsi koledzy, zakończyli sezon na zorganizowanych w swoim mieście ćwierćfinałach MP. Regis nie posiadał wtedy jeszcze zespołu seniorów.

Jak grali: Seniorzy Regisu w regionie krakowsko-świętokrzyskim wygrali 15 z 17 meczów zajmując pierwsze miejsce po rundzie zasadniczej. W fazie mini-playoff (cztery najlepsze ekipy regionu) nie dali jednak rady Politechnice Krakowskiej (75:84), która była druga po pierwszej fazie rozgrywek.

Najbardziej znana postać: Jarosław Trojan. Od dawna w Wieliczce go nie ma, ale trudno o bardziej znane nazwisko w historii klubu. W 2008 roku Trojan dotarł z Regisem do ćwierćfinałów MP, a obecnie jest środkowym pierwszoligowego WKK Wrocław oraz byłym już młodzieżowym reprezentantem Polski (na koncie mistrzostwo Europy dywizji B z reprezentacją Polski U-20 w 2013).

Z czym/kim mi się kojarzą:  Pamiętacie wałbrzyskie półfinały MP młodzików 2011? Nasi mierzyli się wtedy między innymi z Regisem Wieliczka. Adam Kulasiak z Regisu w trzech meczach zdobywał wtedy śr. 36 pkt w meczu, będąc indywidualnie najlepszym graczem turnieju. Wysoki wtedy jak na swój wiek Kulasiak rozgrywał, zbierał, trafiał za trzy, wchodził pod kosz. Imponował indywidualnie, ale na jego niekorzyść koszykówka okazała się grą zespołową, Regis przegrał wszystkie mecze. W Wałbrzychu Kulasiak zgarnął nawet jakąś indywidualną nagrodę, a później flirtował z kadrą Polski z rocznika 1997 (podziękowano mu po konsultacjach). Obecnie 17-letni Kulasiak ma 187 cm wzrostu i jest w kadrze pierwszego zespołu. Nie odgrywa tam decydującej roli, podobnie zresztą jak Filip Całka (r. 1998), którego oglądaliśmy w Wałbrzychu w barwach reprezentacji Polsku U-16 podczas Turnieju Nadziei Olimpijskich.

POGOŃ RUDA ŚLĄSKA

O klubie: Jeżeli nie słyszałeś o koszykówce w Rudzie Śląskiej, to znaczy, że jesteś jeszcze w gimnazjum lub jesteś kompletnym koszykarskim ignorantem, a na mecze przychodzisz nie dla widowiska, tylko dla popcornu.

W 141-tysięcznej Rudzie Śląskiej, wciśniętej pomiędzy Katowice a Zabrze, w kosza grają od 1951 roku. Sam klub powstał za to już w 1920, czyli w czasach gdy Ślązacy dopiero decydowali o przynależności do Rzeczpospolitej, a polskie wojska odpierały agresję Bolszewików. Od początku Pogoń związana była z dzielnicą Nowy Bytom i tamtejszą hutą „Pokój”, z której to werbowano młodzież na parkiety. Do 1981 roku działo się jednak w lokalnym baskecie niewiele. Dopiero wtedy Pogoń awansowała do II ligi (dzisiejsza I liga). Dekadę później nastąpił kolejny przełom. Z Ameryki na Śląsk trafił Ryszard Poznański, który wprowadził Rudę Śląską na salony. Był rok 1995, w roli prezydenta RP debiutował Aleksander Kwaśniewski, a w roli beniaminka w ekstraklasie pierwsze kroki miała stawiać Pogoń. Pierwszy sezon w elicie zespół z Rudy Śląskiej zakończył w dolnych rejonach tabeli, ostatecznie zapewniając sobie utrzymanie kosztem Noteci Inowrocław. W kolejnych rozgrywkach zespół objął utytułowany Arkadiusz Koniecki, którego starsi kibice pamiętają z prowadzenia wałbrzyskiego Górnika, a młodsi z roli komentatora NBA w Canal +. Zespół awansował do playoffs, a młodzi wychowankowie klubu tj. Mirosław Frankowski, Wojciech Żurawski i Krzysztof Morawiec na długie lata stali się solidnymi ligowcami. W ekstraklasie Pogoń grała na dobrym poziomie aż do sezonu problemów finansowych, który miał miejsce w latach 2001/02. 2002 był ostatnim rokiem Pogoni w ekstraklasie, natomiast rok 2004 – ostatnim w I lidze.

Jak grali: 17 wygranych na 20 starć w regionie śląskim, co dało drugie miejsce w tabeli za Polonią Bytom. W mini barażach z zespołem z regionu opolskiego, MKS Otmuchów, Pogoń wyszła obronną ręką, pomimo porażki w pierwszym starciu. Całą serię ekipa z Rudy Śląskiej wygrała 2:1.

Najbardziej znana postać: Andrzej Pluta – dwukrotny mistrz Polski, dwukrotny wicemistrz, czterokrotny brązowy medalista, siedmiokrotny zwycięzca konkursu rzutów za trzy punkty podczas Meczów Gwiazd, wieloletni reprezentant Polski. Karierę Pluta zaczynał w rodzinnej Rudzie Śląskiej, którą opuścił po awansie zespołu do ekstraklasy w 1995 roku, wracając do macierzystego klubu na sezon 1999/00.

W obecnym składzie: Krzysztof Morawiec – 40-letni weteran z kąśliwym rzutem z dystansu bardzo dobrze poczyna sobie na trzecioligowych parkietach. Morawiec urodził się w Rudzie Śląskiej, a w Pogoni stawiał pierwsze koszykarskie kroki. W swojej karierze grał w ekstraklasie (Pogoń), w I lidze (Czeladź, Tychy, Dąbrowa Górnicza, ŁKS) oraz w II lidze (Alba Chorzów, Księżak Łowicz). 

Z czym/kim mi się kojarzą: Z młodzieńczym wąsikiem Andrzeja Pluty z jego pierwszych sezonów oraz z „Zibim” – guru, jeżeli chodzi o polską koszykówkę młodzieżową, autorem strony www.skm.polskikosz.pl. „Zibi” kocha koszykówkę młodzieżową, ale kocha też Pogoń, bo w końcu pochodzi z Rudy Śląskiej. Poza tym Pogoń tak wiele łączy z naszym Górnikiem! Zarówno Pogoń Ruda Śląska, jak i Górnik Wałbrzych to:

  1. Podnoszący się z kolan klub z niedawną przeszłością w ekstraklasie.
  2. Zespół w dużej mierze w przeszłości oparty na przemyśle (hutnictwo, górnictwo).
  3. Drużyna Arkadiusza Konieckiego (patrz wyżej).
  4. Zespół mający niegdyś w składzie ratującego przed pożegnaniem z ekstraklasą Amerykanina (Pogoń – Samuel Hines, Górnik – JJ Montgomery).
  5. Klub, który walczy do końca – nawet wtedy, gdy inni już w niego nie wierzą (Pogoń ’98 – 12 kolejnych zwycięstw pozwoliło kandydatowi do spadku znaleźć się na 4. miejscu w tabeli, Górnik ’07 – trzy kolejne zwycięstwa nad Sportino Inowrocław w pólfinale playoffs pozwoliły wygrać serię 3:2 i awansować do ekstraklasy).
 UKS GIMBASKETS 2 PRZEMYŚL


O klubie: Klub powstał w 2002 roku. Przez lata zajmował się młodzieżą, a po kompletnym upadku i demontażu Polonii Przemyśl przejął kilku ich graczy oraz trenerów. Pierwszy trener Gimbasketsu to Maciej Milan, dawny szkoleniowiec pierwszoligowej Polonii. W Przemyślu skromnie i po cichu budują koszykówkę od podstaw, ciułają środki od kilkunastu mniejszych sponsorów i ani myślą, na wzór Polonii, popadać w długi. Trener Milan:

Liczymy, że dostaniemy konkretne wsparcie z miasta. Jeśli uzbieramy 260 tysięcy, to w przyszłym roku moglibyśmy skończyć sezon w trzeciej i rozpocząć w drugiej lidze. Oczywiście jeśli awansujemy. Pewne jest jedno - nie będziemy pchać się wyżej bez zabezpieczenia finansowego. Przykład Polonii pokazuje, czym kończy się taka beztroska. 

Klub jest całkowicie amatorski, koszykarze pracują zawodowo, co akurat w III lidze jest normą. Gimbaskets nie myśli głośno o II lidze, ale może być groźny dla każdego. 

Jak grali: 15 zwycięstw, 3 porażki, drugie miejsce w lidze podkarpacko-lubelskiej, za UMCS-em Lublin.

Najbardziej znana postać: Artur Mikołajko - 69 meczów w ekstraklasie w barwach Znicza Jarosław w latach 2006-07, 2008-10. 35-letni skrzydłowy ma także na koncie kilka solidnych sezonów w I lidze w Zniczu Jarosław i Polonii Przemyśl. W sezonie 2011/12, w barwach Polonii, Mikołajko w I lidze notował śr.12.3 pkt, 7.6 zb, trafił 10 z 21 trójek oraz 134 ze 183 rzutów za 2 (magiczne 73%!!!). 25-letni Bartosz Bal ma za sobą trzy dość przeciętne sezony w I lidze (dwa w Polonii, jeden w Krośnie) oraz niezły rok w II lidze (awans do I ligi z MOSiR-em Krosno). Nie można też zapominać o Grzegorzu Płocicy. Płocica miał przeciętne notowania w dwóch sezonach w pierwszoligowej Polonii w latach 11-13. W sezonie 2010/11 ten 34-letni obrońca notował za to 16.4 pkt przy 53% skuteczności za 2 w II lidze, w barwach Znicza Jarosław.

Z czym/kim mi się kojarzą: Młody klub, więc i skojarzeń niewiele. Może z tym, że Gimbaskets wciąż nie posiada strony internetowej? W Przemyślu postanowili zrobić niezłą zasłonę dymną, informując o wydarzeniach w klubie za pomocą Facebooka (Nie ma cię na „fejsie”? Nie żyjesz!). Strategia na baraże jak znalazł. 

piątek, 21 marca 2014

W obronie biało-niebieskiej spuścizny

Było to dwa, trzy lata temu. Dokładna data uciekła mi z pamięci. Górnicy grali wyjazdowy mecz ze Śląskiem w słynnej „Kosynierce”. Nie pamiętam, czy był to mecz pierwszej drużyny, czy też juniorów. Pamiętam za to, że siedziska nie miały oparć, a biegnąca wzdłuż trybun poręcz wbijała mi się w plecy.

Rzeczywiście, z punktu widzenia komfortu oglądania koszykarskich spotkań, „Kosynierka” przypomina naszą ś.p. „Teatralną”. Też jest ciasno, trybuny też znajdują się tylko z jednej strony, podczas gdy z pozostałych spogląda na nas łysa ściana. Boisko gdzieniegdzie też przysłaniają kolumny, podtrzymujące dach. Zarówno „Kosynierka”, jak i „Teatralna” to historyczne miejsca dla lokalnych drużyn koszykówki. Hale-staruszki w centrach swoich miast, przed laty będące również centrum sportowych wydarzeń, ostatnio reanimowane na jeden-dwa sezony, gdy to ich gospodarz podnosił się z kolan po spektakularnych organizacyjnych upadkach. Dziś albo zniknęły z koszykarskiego krajobrazu miasta („Teatralna”), albo służą koszykarskim latoroślom („Kosynierka”).


A więc siedzę sobie na trybunach „Kosynierki”. Od razu w oczy rzucają mi się te wszystkie małe rzeczy, które każą kochać swój lokalny zespół.

Środek parkietu starej wrocławskiej hali: wielkie logo WKS-u od razu informuje przyjezdnych, gdzie się znajduje. Nie ma mowy o nieporozumieniach. Trzy ściany wokół parkietu: banery z legendami Śląska, czy to trenerskimi, czy zawodniczymi: Łopatka, Urlep, Zelig, Wójcik, Tomczyk, Miglinieks, jest nawet Lynn Greer.

Hala „Orbita”. Umieszczona w samym środku wrocławskiej sypialni spełnia dziś rolę domu ekstraklasowego Śląska. Pod dachem obiektu wiszą ciemnozielone banery, symbolizujące 17 tytułów mistrza Polski WKS-u. Możesz nie lubić Śląska, możesz być do niego wrogo nastawiony, ale te banery robią piorunujące wrażenie.

Obrazy z obu hal na dobre rozbujały moją wyobraźnię. Rozmarzyłem się, wyobrażając sobie podobne banery gdzieś w Wałbrzychu. Banery upamiętniające piękną przeszłość Górnika. O klubowym logo na środku parkietu zbyt długo nie myślałem, wiedząc, że brak praw własności do hali będzie kazał na parkiecie umieszczać bardziej neutralne malowidła. Szkoda.

 15 marca, całkiem niespodziewanie i znienacka, dwa wielkie banery zawisły pod dachem hali w kompleksie Aqua-Zdrój (wymyślmy nazwę dla samej hali, bo określanie jej nazwą całego kompleksu brzmi pokracznie i koślawo!).


Genialny pomysł! Czekałem (zresztą chyba nie tylko ja) na to od lat. I choć debiut jednego z banerów był wyjątkowo niezręczny (zawisł „głową” do dołu), a podział na „baner mistrzowski” i „baner wicemistrzowski” (zamiast np. wykonania dwóch, symbolizujących pojedynczo wyłącznie mistrzostwo ’82 i ’88) wydawał się kontrowersyjny, to ludzie w klubie i tak zasłużyli na słowa uznania.

Ok, mamy banery mistrzowskie. W halach Śląska na widzów spogląda dodatkowo kawał płótna, upamiętniający karierę Macieja Zielińskiego. We Wrocławiu zadbali o koszykarską spuściznę. I tą zawodniczą, i tą związaną z tytułami. Nie możemy być od nich gorsi. „Płachty” z mistrzostwami i wicemistrzostwami można już w Wałbrzychu odfajkować. Ale co z zawodnikami i trenerami?

Drogi Zarządzie Stowarzyszenia Górnik Wałbrzych 2010, czas pójść za ciosem i podwiesić pod sufit naszej nowej hali kilka nowych posterów/płacht/banerów.

Oto kandydaci:

*Roma Głowa – w 1946 roku powołał sekcję koszykówki w Wałbrzychu.

*Stanisław Kiełbik – wychowanek Górnika, reprezentant Polski, z Górnikiem mistrz Polski 1982 i 1988, wicemistrz 1982, 1983, 1986, mistrz Polski juniorów 1979, 1980. Biało-Niebieskich opuścił jedynie „z musu”, gdy to przeniósł się do Śląska by odbębnić służbę wojskową. Zawodnik pierwszej drużyny Górnika w latach 1977-85, 1987-90. Prawdopodobnie pierwszy ligowiec, który trafił za trzy po wprowadzeniu takiej możliwości do zasad gry (do dziś trwają spory, kto był pierwszy).

*Zenon Kozłowski – wychowanek Górnika, mistrz Polski 1988, wicemistrz 1981, 1983, 1986, najwięcej meczów w biało-niebieskim trykocie w historii (424, w latach 1973-90, nikt nie jest nawet blisko tego wyniku). Trudno sobie wyobrazić tytuł mistrzowski 1988 bez Kozłowskiego. Tym bardziej, że w tym czasie Mieczysław Młynarski był w Lechu Poznań.

*Wojciech Krzykała – mistrz Polski 1988, wicemistrz 1981, 1983 i 1986, później wieloletni trener młodzieży Górnika oraz pierwszego zespołu. W 2011 zadziwił wszystkich, zajmując z młodzikami Górnika czwarte miejsce w Polsce.

*Jan Lewandowski – legendarny trener Górnika, z biało-niebieskimi mistrz Polski 1988 oraz mistrz Polski juniorów 1979, 1980.

*Mieczysław Młynarski – czy jest ktoś, kto o nim nie słyszał? Reprezentant Polski, król strzelców Igrzysk Olimpijskich w 1980, z Górnikiem mistrz Polski 1982, wicemistrz Polski 1981, 1983 i 1986, czterokrotny król strzelców ekstraklasy, sześciokrotnie wybierany do najlepszej piątki sezonu w ekstraklasie, rekordzista ekstraklasy pod względem średniej zdobyczy punktowej, rekordzista ekstraklasy pod względem liczby punktów w jednym meczu: 90. Trzeci w historii Górnika pod względem ilości rozegranych spotkań. Uff… dużo tych wyróżnień. Później, jako (teoretycznie) drugi trener, poprowadził Rafała Glapińskiego i spółkę do wicemistrzostwa Polski juniorów starszych w 2000 roku. W 2003 zdobył z juniorami brąz MP (Salamonik, Stochmiałek), a rok wcześniej był czwarty w Polsce.  

*Tadeusz Reschke – reprezentant Polski, mistrz Polski 1982 i 1988, wicemistrz 1981, 1983 i 1986. W Górniku w latach 1975-88. Drugi w historii Górnika pod względem ilości rozegranych meczów. Bez jego postawy pod koszem w roli fałszywego środkowego nie byłoby mowy o kolejnych medalach.

*Stanisław Rytko – legendarny trener Górnika, człowiek budujący podwaliny pod późniejszego dwukrotnego mistrza Polski. W Górniku w latach 1948-50, 1954-57, 1961-72, 1975-79. Z Górnikiem awansował jako trener do II oraz do I ligi (dzisiejszej ekstraklasy).

*Jerzy Sterenga – wieloletni reprezentant Polski, najlepszy strzelec reprezentacji podczas ME 1957 w Budapeszcie. Z Wałbrzychem związany od czasów powojennych do śmierci w 1999 roku. Jeden z tych, którzy budowali koszykówkę w Wałbrzychu. Od lat 50. zajmował się szkoleniem w Górniku. Dziadek Marcina, Michała i Macieja Sterengów, którzy przez lata grali w Górniku.

Długa lista. Ale mogłaby być jeszcze dłuższa. Cała wyżej wymieniona dziewiątka zasłużyła na baner bo miała swój duży udział w tworzeniu tożsamości wałbrzyskiej koszykówki, choć trudno sobie na dzień dzisiejszy wyobrazić dziewięć płacht, zwisających z konstrukcji dachu hali przy ul. Ratuszowej.

Załóżmy więc, że w klubie znaleziono środki na trzy banery. Kto powinien „zawisnąć” pod sufitem? Hmm… Żadnego z wyżej wymienionych nie miałem szans zobaczyć w akcji (no, może tylko Młynarskiego, Krzykałę i Kiełbika w roli trenerów), swoją powyższą listę opierając w głównej mierze na wertowaniu stron książek, słuchaniu opowiadań i anegdotek starszych ode mnie oraz na  przeglądaniu stron internetowych. Ok., spróbujmy. Moja trójka:

Młynarski. (pewniak)

Kiełbik.

Reschke.


Po co te banery? Po co tyle zachodu, zapytacie? W obronie biało-niebieskiej spuścizny, odpowiem. 

No i po to, by jakiś drugi szaleniec nie tracił w przyszłości kupy czasu nad rozmyślaniem, kto w jego ulubionym klubie jest nieśmiertelną legendą. 

wtorek, 18 marca 2014

Wsłuchując się w Brada Pitta

(13-1) Górnik Wałbrzych – (8-6) WSTK Wschowa 93:64

Po długim okresie bardzo słonecznych oraz wyjątkowo ciepłych dni, przyszedł czas na niebo spowite ciemnymi chmurami oraz podrygi deszczowych kropli, które, w kolaboracji z wiatrem, zdarzało się, że mocno dawały po twarzy.

W takich warunkach przyrody przyszło kibicom wybrać się na ostatni mecz Górnika w lidze dolnośląsko-lubuskiej w tym sezonie i – miejmy taką nadzieję – ostatni na tym poziomie rozgrywek do roku 2155 (co najmniej).

Biało-Niebiescy ze Wschową grali zupełnie o nic. Pewni pierwszego miejsca w tabeli mogli spokojnie te spotkanie „odbębnić”. Z takiego założenia wyszedł zespół gości, bo do Wałbrzycha przyjechał w jedynie siedmioosobowym składzie. Przyjechał w dodatku mocno spóźniony, z powodu problemów w drodze. Byłem chyba jedyną osobą na hali, dla której 25-minutowe opóźnienie meczu było w smak. Dzięki temu mogłem spokojnie dotrzeć do hali z uczelni.

W gronie najzagorzalszych kibiców tym razem spore pustki. Okazało się, że wydarzenia tj. wyjazdowy mecz piłkarzy Górnika do Sosnowca oraz MŚ w lotach w Harrachovie skutecznie wykurzyły z miasta wielką część fanów wałbrzyskiego basketu. Z drugiej strony, w „młynie” zameldowało się kilka dawno niewidzianych (z różnych powodów) osobistości.

Rozgrzewka dobiega końca. Wśród biało-niebieskich biegających po parkiecie próżno szukać kontuzjowanego Michała Borzemskiego oraz nie będącego w składzie z bliżej mi nieznanych przyczyn Macieja Fedoruka. Obaj usiedli na krwistoczerwonych krzesełkach przeznaczonych dla rezerwowych. Na tym podobieństwa się skończyły. Borzemski, w swoim stylu, ubrany był luźno, na sportowo, głowę nakrył beżową (?) „bejsbolówką”. Jak to on, wyglądał skromnie, nieafiszująco, naturalnie. Ot, taki chłopak z przedmieścia. Gdybym „Borzema” nie rozpoznał, od razu wziąłbym go za jakiegoś przypadkowego gościa, który usiadł nie w swoim sektorze. Co innego Fedoruk. Elegancki typ intelektualisty. Sweter, okulary. Jeden z nowicjuszy w kibicowskim „młynie” wziął go za studenta matematyki lub fizyki jądrowej, maga cyfr i wszelkich zestawień statystycznych. Ot, taki koszykarski nerd. Nasz kolega, nazwijmy go M., nie miał pojęcia, że to zawodnik Górnika. Nie do końca jestem pewien, czy świadczy to źle o M., czy o boiskowej postawie „Fedora”.

Wydarzeniem dnia był powrót z koszykarskiego niebytu Piotra Niedźwiedzkiego i jego pierwszy występ przed wałbrzyską publicznością w ligowym starciu. Jak często w Trzecim Świecie polskiej koszykówki ogląda się niegdyś rywalizującego z przyszłymi graczami NBA wicemistrza świata U-17, czołowego gracza młodzieżowych mistrzostw Europy, dwukrotnego mistrza Polski juniorów, wicemistrza Polski kadetów, byłego gracza polskiej ekstraklasy? Rzadko? Bardzo rzadko?  Nie… Praktycznie wcale.

Pierwszy raz w akcji Niedźwiedzkiego widziałem dobrych kilka lat temu, gdy z WKK Wrocław przyjechał na mecz ligi juniorów z naszym Górnikiem. Piotrek zdominował mecz w hali przy pl. Teatralnym tak jak Tomasz Karolak i Piotr Adamczyk zdominowali polski przemysł filmowy, grając w niemal każdej produkcji kinowej. Potem Niedźwiedzkiego obserwowałem podczas ME U-18 we Wrocławiu, gdzie Polacy mieli sięgnąć po złoto. Skończyło się na 6. miejscu, a wychodzący w pierwszej piątce „Mydło” dał się poznać jako waleczny, dobrze zbierający, mobilny, dynamiczny, grożący rzutem dystansowym chudziutki silny skrzydłowy (jako center występował Przemek Karnowski).

W tamtym okresie, czyli w lecie 2011 roku, piszący o młodzieżowym baskecie międzynarodowy portal eurohopes.com umieścił Niedźwiedzkiego w pierwszej „20” najzdolniejszych koszykarzy Europy rocznika 1993 (w pierwszej piątce rankingu byli Karnowski oraz Mateusz Ponitka). Wrocławianie mogli czuć się dumni, gdy ich człowiek głośno zapukał do bram Europy. Tak, wrocławianie. Spiker zawodów przedstawiał Piotrka jako wychowanka WKK Wrocław. Tak, to w stolicy Dolnego Śląska Niedźwiedzki rozkwitł, niczym kwiat, na świetnego młodego koszykarza. Kwiat liczący sobie ponad 210 cm wzrostu.

Pamiętam też Niedźwiedzkiego z ekstraklasowego Śląska. W WKS-ie zobaczyłem gracza nieco bardziej masywnego, grającego mało, trochę czasem na parkiecie zagubionego, ale wciąż niezwykle perspektywicznego. Któż by wtedy przewidział, że po krótkim pobycie w Kotwicy, kariera Piotrka znajdzie się na zakręcie. Termin „problemy sercowe” u Niedźwiedzkiego miał wyjątkowy wydźwięk. Był maj 2013, gdy nasz wychowanek, w roli VIP-a, zawitał do hali przy ul. Wysockiego podczas ceremonii zamknięcia I Memoriału Stanisława Anacko. Mający już wtedy na koncie kilkumiesięczny rozbrat z basketem Niedźwiedzki zmienił się nie do poznania. Po złapaniu kilkunastu zbędnych kilogramów i przy wzroście 211 cm wyglądał na gościa, którego nie chciałbyś spotkać w ciemnej uliczce.

Gdy zaczęły pojawiać się przecieki, że Niedźwiedzki pojawia się na treningach naszego trzecioligowca, wielu nie wiedziało, co o tym myśleć. Ponowne badania dały Piotrkowi zielone światło na grę. Po raz pierwszy, półoficjalnie, Niedźwiedzki zagrał w sparingu ze Spartakusem, na który miałem okazję się wkraść. Wtedy na blogu pisałem o występie „Mydła” tak:

Trener Chlebda obchodził się z nim bardzo ostrożnie. Niedźwiedzki pojawiał się na boisku trzykrotnie, w krótkich, trzyminutowych wstawkach. W tym okresie zaliczył airball zza linii za trzy oraz nie trafił spod kosza i półdystansu. Z drugiej strony, powalczył na „desce” i stawiał nieprawdopodobne na trzecioligowym poziomie rozgrywek zasłony, a rywale odbijali się od niego jak od ściany. Przy pierwszej mocnej zasłonie cała ławka Spartakusa jęknęła z przerażenia, wyrażając w ten sposób swój podziw dla naszego gracza (wypożyczonego z WKK). Tyle, jeśli chodzi o jego krótki performance. Tak naprawdę, nie ma żadnego znaczenia jak Niedźwiedzki się zaprezentował. Liczy się to, że w ogóle do koszykówki powrócił. 

W krótkim, około 10-minutowym występie, nasz podkoszowy zdobył w tym sparingu 1 pkt z linii rzutów wolnych, spudłował wszystkie pięć rzutów z gry, zaliczył dwie zbiórki. Było to 7 lutego.

Następnym występem Niedźwiedzkiego był kolejny sparing, tym razem z Maximusem Kąty Wrocławskie. Tym razem nasza wieża włączyła się w ataku, zdobywając 14 punktów. Później przyszedł mecz charytatywny „Gramy dla Bartka”, gdy to wałbrzyski wicemistrz świata trafił w przerwie z połowy i tym samym stał się pierwszym osobnikiem, zgarniającym czek na 1000 zł w konkursie „Rzuty w Transie” (czek od razu przekazany mamie chorego na nowotwór Bartka). Później nadszedł czas na występ Piotrka w meczu ligowym. W Lubinie „Mydło” zdobył 8 pkt, choć grał krótko. Było to 8 marca.

Wreszcie, 15 marca, Niedźwiedzki zaprezentował się wałbrzyskiej publiczności w meczu ze Wschową. To, co działo się później, przeszło najśmielsze oczekiwania kibiców. Progres w grze Piotrka okazał się mieć jeszcze szybsze tempo, niż te znane z przemian na Krymie po referendum. Biało-Niebieski środkowy zostawił kilka kilogramów w szatni, a na boisku zaprezentował już całkiem przyzwoitą, jak na ten poziom rozgrywek, dynamikę. Niedźwiedzki kończył akcje spod obręczy, po wcześniejszym dobrym ustawieniu, ale też po kilku sprawnych manewrach. Raz wykończył podanie power dunkiem, po którym konstrukcja kosza zadrżała z przerażenia, a trener Chlebda z uśmiechem na twarzy obrócił się w stronę rozentuzjazmowanych kibiców.

15 marca, w pochmurny sobotni wieczór, Piotr Niedźwiedzki wyznaczył nowe standardy gry pod koszem w III lidze. Standardy, którym w Polsce na tym folklorystycznym poziomie rozgrywek sprostać będzie trudno. I choć naszemu środkowemu jeszcze daleko do dawnej dyspozycji, to postęp, jaki poczynił w ostatnim miesiącu robi wrażenie.

Jeszcze większe wrażenie robi to, ile nadziei Piotrek wlał do kibicowskiego baku. Przed meczem ze Wschową, poziom nadziei na lepsze jutro oscylował w granicach rezerwy. Kolejne udane zagrania Niedźwiedzkiego, jego 30 zdobytych punktów, pomimo tego, że wrzucił, wydaje się, co najwyżej swój trzeci bieg, wypaliły u fanów spore pokłady sceptycyzmu przed barażami. Górnik z Piotrkiem w składzie miał być niczym nowe wałbrzyskie wiaty przystankowe, które są solidniejsze, ale wciąż przypominają w zamyśle swoje poprzedniczki, wciąż mają te same niedociągnięcia. Okazuje się, że Piotr Niedźwiedzki, w wersji 2.0 do tej z pierwszego sparingu ze Spartakusem, może stać się decydującym elementem w walce o wymarzoną II ligę.

Jak pewnie już zauważyliście, nasz wicemistrz świata zdominował ten wpis, zresztą w podobny sposób, w jaki zdominował parkiet w sobotę. Po spotkaniu ze Wschową, wszyscy mówią o Niedźwiedzkim. Jeszcze w trakcie spotkania, podczas rozdawania pudełeczek tik-taków z wizerunkami koszykarzy Górnika, dzieciaki pytały mnie, czy mogą dostać pudełeczko z Niedźwiedzkim. Jeszcze podczas meczu, T., wierny kibic Górnika, nie mógł pohamować swoich zachwytów nad grą „Mydła”, raz po raz rzucając w jego kierunku hasło „MVP!”

Niedźwiedzki tak bardzo zdominował mecz z WSTK, że dopiero teraz wspominam o czterech trójkach i w sumie 14 punktach 17-letniego Macieja Krzymińskiego.

Niedźwiedzki tak bardzo zdominował mecz z WSTK, że dopiero teraz wspominam o spektakularnym wsadzie Bartłomieja Ratajczaka, który po podaniu lobem od Mateusza Myślaka wykonał najlepszą akcję sezonu. Ba, najlepszą akcję od kilku górniczych sezonów.

Zrobiło się niezwykle pochwalnie i ekscytująco, prawda?

Czas ostudzić głowy.

Tak, Górnik wygrał III ligę dolnośląsko-lubuską.

Nie, Górnik jeszcze nie jest w II lidze.

Najtrudniejsze zadanie dopiero przed biało-niebieskimi.

W filmie Moneyball, Brad Pitt wcielił się w postać Billy’ego Beana, dyrektora generalnego baseballowego Oakland Athletics, którego ukłon w stronę rozbudowanych statystyk zawodników zmienił na zawsze zawodowy sport. W jednej ze scen, podekscytowany asystent Billy'ego mówi:

Billy, właśnie wygraliśmy 20 meczów z rzędu 

Beane (Brad Pitt) odpowiada spokojnym głosem:

I co z tego?

Baseballowy zespół Billy'ego Beana (Brada Pitta) ustanowił rekord ligi, wygrywając kolejne 20 meczów. Dla Billy'ego (Brada), nie miało to jednak znaczenia, bo najważniejsze było to ostatnie zwycięstwo, w ostatnim meczu World Series, dające tytuł mistrzowski.

Górnik wygrał 13 z 14 meczów. Właśnie przestało to mieć znaczenie, bo do baraży wałbrzyszanie przystępują z czystym kontem. Każdy kolejny mecz będzie miał znaczenie, a radość może przyjść jedynie po wygraniu tego ostatniego starcia. Billy'emu dojechać do mistrzostwa się nie udało. Czy do własnego mistrzostwa, czyli awansu do II ligi, uda się dotrzeć Górnikowi? 
   

czwartek, 13 marca 2014

Górnik w krainie czarów


Bajkowy świat ma niewielki związek z rzeczywistością. Odrealnia rzeczywistość, przenosząc nas do innego wymiaru. Bajkowy świat pozwala nam popuścić wodze fantazji.

„Alicja w Krainie Czarów”… Któż nie słyszał o tej powieści/bajce? Ostatnio zdałem sobie sprawę, że ten tytuł mówi mi wiele, podczas gdy sama historia była dla mnie wielką tajemnicą. Nie miałem pojęcia o przygodach Alicji w szalonym świecie pełnym dziwadeł takich jak: niezależny, choć fizycznie rozczłonkowany kot, brutalna karciana królowa, gotowa skrócić wszystkich naokoło o głowę, stylizowany na wiktoriańskiego lorda biały królik, czy facet w kapeluszu, który ma nierówno pod sufitem. Zapewne historii przygód Alicji nigdy bym nie poznał, gdybym nie był do tego „zawodowo” zmuszony.

No dobrze, ale jaki to wszystko ma związek z górniczą koszykówką? Okazuje się, że baśniowo-bajkowe przymuszenie do włączenia wyobraźni poprowadziło mnie do kilku porównań.

Alicja jest trochę jak nasz Górnik. Pod koniec powieści okazuje się, że dziwaczne przygody Alicji (spoiler!) są jedynie senną projekcją. Górnik też zapadł w swój sen. Było to w 2011 roku, po spadku z I ligi, gdy znalazł się w równie dziwacznym miejscu, co Alicja. III liga to bowiem, pod względem sportowo-organizacyjnym, koszykarska kraina czarów. Górnik, podobnie jak Alicja, długo czuł się w tym świecie zagubiony, długo szukał z niej wyjścia. Przez pierwsze dwa lata, koszykarskie (s)twory nieustannie wpuszczały Górnika w maliny (stąd pewnie tylko 14 wygranych przez Górnika pojedynków na 36 prób), Alicję za to zbywali kolejno Pan Kot i Pan Gąsienica. W bajkowej scenerii Alicja poszukiwała Białego Królika, który w pośpiechu odliczał kolejne sekundy na swoim XIX-wiecznym kieszonkowym zegarku, podczas gdy Górnik ścigał się z czasem odmierzanym przez niecierpliwych, znudzonych nijakością trzecioligowego świata kibiców.  

Położenie Górnika i Alicji przez długi czas nie było wesołe. Zarówno Górnikowi, jak i Alicji, z odsieczą przyszła jakże istotna cecha osobowościowa: odwaga. Alicja stawiła czoło demonicznej Królową Kier, a Górnik wreszcie przeciwstawił się wrogom w III lidze, zasiadając na tronie.

Alicja opuściła swój dziwaczny świat, budząc się pod drzewem ze snu. Górnik wciąż w swoim śnie tkwi. Śnie, który przez dwa ostatnie lata miał długi i owocny romans z Koszmarem. Niczym w bajkowej opowieści, Górnik pokonał swoje problemy i pomniejsze przeciwności by stanąć naprzeciw głównemu zagrożeniu, czyhającemu już w bardziej niebezpiecznym barażowym świecie. Decydujące starcie jest coraz bliżej. Kibice doczytali do punktu kulminacyjnego.


Co różni Alicję i Górnika? Koszykarski świat to nie bajka, nie musi dla czytelników i głównego bohatera zakończyć się happy endem. Alicja ze snu się wybudziła, Górnik jeszcze nie.

czwartek, 6 marca 2014

Borzem: Moja historia "amatorki"


Michał Borzemski:


Czas na poświęcenie czasu na chyba najstarszą Ligę w Wałbrzychu, czyli Amatorską Ligę Koszykówki. 
                        

Potocznie można ją nazwać „Amatorska” bądź „Amatorka”, ponieważ przez szereg lat jej istnienia zmieniała ona nazwę jak np. wspomniana Amatorska Liga Koszykówki OSiR, Real Basket Liga czy OSiR Basket Liga a aktualnie WALK (Wałbrzyska Amatorska Liga Koszykówki). Czym jest fenomen naszej rodzimej „Amatorki”? Z pewnością wieloletnia tradycja, oddźwięk jaki po sobie pozostawia, starcie różnego rodzaju pokoleń, jak i poziomu gry oraz  koszykarski fanatyzm panujący w Wałbrzychu.

Pokrótce chciałbym  przedstawić jak to wyglądało z mojej perspektywy od pierwszego zetknięcia się z tą ligą.

Wspomniałem, że te rozgrywki są jednymi z najstarszych albo i najstarsze w mieście. Tą hipotezę opieram na rozmowach ze starszymi zawodnikami (w szczególności z zawodnikami RMC Basket), którzy, jak mówią, grają od początku istnienia ligi oraz na „zapiskach” osirowskich. Swoją kolebkę Amatorska ma jeszcze na Podzamczu, w Szkole Podstawowej nr 21. Tam organizowane były pierwsze rozgrywki bodajże już w latach '80, które później przeniosły się na Śródmieście, do OSiRu. Który dokładnie był to rok? Nie jestem w stanie tego określić jednak kiedy rozpocząłem pracę  w OsiRze w 2006 roku z miejsca zlecono mi organizację tychże rozgrywek. W tym momencie, chcąc nie chcąc, przejąłem całą schedę po moich poprzednikach oraz dotychczasową dokumentację. Tam natknąłem się na różnego rodzaju pisma mówiące, iż Ośrodek Sportu i Rekreacji w Wałbrzychu przejął rozgrywki od organizatora rozgrywek na Podzamczu w 1995 roku. Czy to prawda? Ciężko w tym momencie mi to rozstrzygać. Jednak nie jest to na tyle ważne, z pewnością Liga ma ponad dwudziestoletni staż. Sam miałem z nią styczność od 14 lat w tym 8 lat jako zawodnik a 7 jako organizator. 

Pierwszy raz z Amatorską zetknąłem się w 1999 roku jako ... kibic. Moi koledzy z klasy grali wówczas jako juniorzy Górnika w tejże lidze. Warto zaznaczyć, że od tego roku taka praktyka, czyli ogrywanie juniorów w WALK, została ponownie wprowadzona po kilkunastu latach przerwy.

Pierwsze kroki stawiałem w „Amatorce” w roku 2002 jako student PWSZ, która to uczelnia rok co rok wystawiała swoją drużynę do rozgrywek. W tamtym czasie był to ostatni sezon gdzie WALK miała pierwszą i drugą ligę. W sumie występowało 16 drużyn – w I i II lidze po 8 zespołów. Hala OSiR przy ul. Wysockiego była zarezerwowana dla najlepszej ósemki a popularna Teatralna gościła drużyny szczebel niżej.  




PWSZ Wałbrzych, sezon 2002/03




Warto zaznaczyć, iż w ówczesnych rozgrywkach grało wiele znanych osób związanych z Górnikiem m.in. w zespole Wanda Styl występowali dzisiejszy trener pierwszej drużyny Arkadiusz Chlebda, Paweł Bielewicz (ekstraklasowicz w latach 1994/95) grający do dzisiaj w WALK i Maciej Łabiak (wiele lat z Górnikiem obecnie Spartakus JG). W zespole Nauczyciele występowali obecny masażysta Górnika Cezary Pęksyk oraz dyrektor OSiR Marisuz Gawlik. Trenerem Akademii Ekonomicznej był znany wszystkim Wojciech Krzykała, uczelni która miała wówczas aspirację zgłoszenia drużyny do III ligi.

Wracając, kolejnym zespołem w jakim występowałem była ekipa Bad Company, założona przeze mnie oraz Marcina „Sikora” Sikorskiego - uznanego i zasłużonego wówczas zawodnika i gwiazdę ligi, znanego ze swojego nieprzeciętnego wyskoku (na poniższym zdjęciu pierwszy z prawej u dołu). Do składu dołączyliśmy m.in. kilku doświadczonych zawodników jak Pawelec czy Cząstkiewicz (dawniej Szkoła Latania) oraz zaledwie 19-letniego...Mateusza Myślaka.

Z tą ekipą po rundzie zasadniczej uplasowaliśmy się na 2 pozycji zaskakując wszystkich wokoło. W Playoffs  odpadliiśmy niestety w pierwszej rundzie za sprawą Labo-Dent'u, lekceważąc rywala. W sumie zajęliśmy 5 miejsce, a mistrzem został Top Basket z Łabiakiem na czele, a w finale zmierzyli się właśnie z Labo.

W następnym roku do naszego składu dołączyli wyżej wspomniany Łabiak, Stochmiałek, Michał Sterenga czy młodziutki Pieloch (obecnie w I lidze w Sokole Łańcut, na poniższym zdjęciu w środku u dołu). Zamierzaliśmy zdobyć ligę.   

Bad Company, 2005/06
                                                   



                                                    
Takim zespołem jakim ówcześnie dysponowaliśmy wydawać by się mogło, że wygramy mistrzostwo z palcem w d.....

A jednak, po drugiej stronie barykady, w zespole Pub u Mikołaja (dawna Wanda Styl) występowali tacy zawodnicy jak Marcin Sterenga, Nowomiejski, Karwik, Warmiłło  czy Ćmikiewicz, nazwiska znane zwłaszcza starszym wyjadaczom wałbrzyskiej koszykówki.

Widowiskowy styl i determinacja jaką prezentowaliśmy na parkiecie pozwoliły nam na historyczne wygranie Mistrzostwa ówczesnej Real Basket Ligi. W Finale pokonaliśmy Pub 2:0, nie zostawiając rywalom złudzeń. Nastąpiła przysłowiowa zmiana warty - od teraz zamiast TOP Basketu i dawnej Wandy, w ALK rządzić miał zespół Bad Company.

I tak też było. Dwa kolejne lata również padły naszym łupem i zdobyliśmy tzw. Three Peat. Tak do roku 2010, gdy to spróbowaliśmy sił w III lidze, ale to historia na inną opowieść ....

Dlaczego wygrywaliśmy ligę aż 3 razy?

Po pierwsze, zawsze traktowaliśmy ją bardzo poważnie, nigdy nie podchodziliśmy do tego jak „piknikowe niedzielne granie” żeby wypocić kaca. Często organizowaliśmy sami treningi po 3 razy w tygodniu aby szlifować formę.

Po drugie, zawsze mieliśmy świeżą krew w zespole. Nazwiska takie jak Pieloch, Ratajczak czy Adranowicz zaczynały poważne seniorskie granie właśnie u naszego boku w ALK.

Po trzecie, granie w „Amatorce” zawsze niosło za sobą prestiż i szacunek wśród graczy i do dzisiaj się to nie zmieniło. Kiedy w ostatnich latach wygrywał AZET czy Partners, po ostatnim gwizdku doświadczeni zawodnicy cieszyli się jak dzieci, że w końcu się udało.

Podsumowując…

Przez te wszystkie lata występowania i organizowania „Amatorki” przewinęło się masę drużyn i osób, które wzięły udział w rozgrywkach. Kiedy zawsze we wrześniu podczas spotkania organizacyjnego myślę, że rynek drużyn amatorskich się wyczerpał, zawsze znajduje się nowa ekipa, która zostaje wpisana w poczet ligi. Co roku ktoś odchodzi, a w jego miejsce pojawia się nowy team. 

Liga Amatorska to nie tylko zwykła liga koszykówki. To rozgrywki gdzie stykają się różne pokolenia, spotykają się różni ludzie (lekarze, nauczyciele, uczniowie, studenci, prezesi, dyrektorzy itp), gdzie spotykają się różne poziomy grania (od ligowego po podwórkowy).

Liga Amatorska JEST, BYŁA i BĘDZIE właśnie dzięki tym wszystkim ludziom, maniakom koszykówki, którzy co niedzielę przychodzą i oddają się grze w ten piękny sport jakim jest koszykówka.


-------------------------------------------