Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą borzem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą borzem. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 marca 2014

Borzem: Moja historia "amatorki"


Michał Borzemski:


Czas na poświęcenie czasu na chyba najstarszą Ligę w Wałbrzychu, czyli Amatorską Ligę Koszykówki. 
                        

Potocznie można ją nazwać „Amatorska” bądź „Amatorka”, ponieważ przez szereg lat jej istnienia zmieniała ona nazwę jak np. wspomniana Amatorska Liga Koszykówki OSiR, Real Basket Liga czy OSiR Basket Liga a aktualnie WALK (Wałbrzyska Amatorska Liga Koszykówki). Czym jest fenomen naszej rodzimej „Amatorki”? Z pewnością wieloletnia tradycja, oddźwięk jaki po sobie pozostawia, starcie różnego rodzaju pokoleń, jak i poziomu gry oraz  koszykarski fanatyzm panujący w Wałbrzychu.

Pokrótce chciałbym  przedstawić jak to wyglądało z mojej perspektywy od pierwszego zetknięcia się z tą ligą.

Wspomniałem, że te rozgrywki są jednymi z najstarszych albo i najstarsze w mieście. Tą hipotezę opieram na rozmowach ze starszymi zawodnikami (w szczególności z zawodnikami RMC Basket), którzy, jak mówią, grają od początku istnienia ligi oraz na „zapiskach” osirowskich. Swoją kolebkę Amatorska ma jeszcze na Podzamczu, w Szkole Podstawowej nr 21. Tam organizowane były pierwsze rozgrywki bodajże już w latach '80, które później przeniosły się na Śródmieście, do OSiRu. Który dokładnie był to rok? Nie jestem w stanie tego określić jednak kiedy rozpocząłem pracę  w OsiRze w 2006 roku z miejsca zlecono mi organizację tychże rozgrywek. W tym momencie, chcąc nie chcąc, przejąłem całą schedę po moich poprzednikach oraz dotychczasową dokumentację. Tam natknąłem się na różnego rodzaju pisma mówiące, iż Ośrodek Sportu i Rekreacji w Wałbrzychu przejął rozgrywki od organizatora rozgrywek na Podzamczu w 1995 roku. Czy to prawda? Ciężko w tym momencie mi to rozstrzygać. Jednak nie jest to na tyle ważne, z pewnością Liga ma ponad dwudziestoletni staż. Sam miałem z nią styczność od 14 lat w tym 8 lat jako zawodnik a 7 jako organizator. 

Pierwszy raz z Amatorską zetknąłem się w 1999 roku jako ... kibic. Moi koledzy z klasy grali wówczas jako juniorzy Górnika w tejże lidze. Warto zaznaczyć, że od tego roku taka praktyka, czyli ogrywanie juniorów w WALK, została ponownie wprowadzona po kilkunastu latach przerwy.

Pierwsze kroki stawiałem w „Amatorce” w roku 2002 jako student PWSZ, która to uczelnia rok co rok wystawiała swoją drużynę do rozgrywek. W tamtym czasie był to ostatni sezon gdzie WALK miała pierwszą i drugą ligę. W sumie występowało 16 drużyn – w I i II lidze po 8 zespołów. Hala OSiR przy ul. Wysockiego była zarezerwowana dla najlepszej ósemki a popularna Teatralna gościła drużyny szczebel niżej.  




PWSZ Wałbrzych, sezon 2002/03




Warto zaznaczyć, iż w ówczesnych rozgrywkach grało wiele znanych osób związanych z Górnikiem m.in. w zespole Wanda Styl występowali dzisiejszy trener pierwszej drużyny Arkadiusz Chlebda, Paweł Bielewicz (ekstraklasowicz w latach 1994/95) grający do dzisiaj w WALK i Maciej Łabiak (wiele lat z Górnikiem obecnie Spartakus JG). W zespole Nauczyciele występowali obecny masażysta Górnika Cezary Pęksyk oraz dyrektor OSiR Marisuz Gawlik. Trenerem Akademii Ekonomicznej był znany wszystkim Wojciech Krzykała, uczelni która miała wówczas aspirację zgłoszenia drużyny do III ligi.

Wracając, kolejnym zespołem w jakim występowałem była ekipa Bad Company, założona przeze mnie oraz Marcina „Sikora” Sikorskiego - uznanego i zasłużonego wówczas zawodnika i gwiazdę ligi, znanego ze swojego nieprzeciętnego wyskoku (na poniższym zdjęciu pierwszy z prawej u dołu). Do składu dołączyliśmy m.in. kilku doświadczonych zawodników jak Pawelec czy Cząstkiewicz (dawniej Szkoła Latania) oraz zaledwie 19-letniego...Mateusza Myślaka.

Z tą ekipą po rundzie zasadniczej uplasowaliśmy się na 2 pozycji zaskakując wszystkich wokoło. W Playoffs  odpadliiśmy niestety w pierwszej rundzie za sprawą Labo-Dent'u, lekceważąc rywala. W sumie zajęliśmy 5 miejsce, a mistrzem został Top Basket z Łabiakiem na czele, a w finale zmierzyli się właśnie z Labo.

W następnym roku do naszego składu dołączyli wyżej wspomniany Łabiak, Stochmiałek, Michał Sterenga czy młodziutki Pieloch (obecnie w I lidze w Sokole Łańcut, na poniższym zdjęciu w środku u dołu). Zamierzaliśmy zdobyć ligę.   

Bad Company, 2005/06
                                                   



                                                    
Takim zespołem jakim ówcześnie dysponowaliśmy wydawać by się mogło, że wygramy mistrzostwo z palcem w d.....

A jednak, po drugiej stronie barykady, w zespole Pub u Mikołaja (dawna Wanda Styl) występowali tacy zawodnicy jak Marcin Sterenga, Nowomiejski, Karwik, Warmiłło  czy Ćmikiewicz, nazwiska znane zwłaszcza starszym wyjadaczom wałbrzyskiej koszykówki.

Widowiskowy styl i determinacja jaką prezentowaliśmy na parkiecie pozwoliły nam na historyczne wygranie Mistrzostwa ówczesnej Real Basket Ligi. W Finale pokonaliśmy Pub 2:0, nie zostawiając rywalom złudzeń. Nastąpiła przysłowiowa zmiana warty - od teraz zamiast TOP Basketu i dawnej Wandy, w ALK rządzić miał zespół Bad Company.

I tak też było. Dwa kolejne lata również padły naszym łupem i zdobyliśmy tzw. Three Peat. Tak do roku 2010, gdy to spróbowaliśmy sił w III lidze, ale to historia na inną opowieść ....

Dlaczego wygrywaliśmy ligę aż 3 razy?

Po pierwsze, zawsze traktowaliśmy ją bardzo poważnie, nigdy nie podchodziliśmy do tego jak „piknikowe niedzielne granie” żeby wypocić kaca. Często organizowaliśmy sami treningi po 3 razy w tygodniu aby szlifować formę.

Po drugie, zawsze mieliśmy świeżą krew w zespole. Nazwiska takie jak Pieloch, Ratajczak czy Adranowicz zaczynały poważne seniorskie granie właśnie u naszego boku w ALK.

Po trzecie, granie w „Amatorce” zawsze niosło za sobą prestiż i szacunek wśród graczy i do dzisiaj się to nie zmieniło. Kiedy w ostatnich latach wygrywał AZET czy Partners, po ostatnim gwizdku doświadczeni zawodnicy cieszyli się jak dzieci, że w końcu się udało.

Podsumowując…

Przez te wszystkie lata występowania i organizowania „Amatorki” przewinęło się masę drużyn i osób, które wzięły udział w rozgrywkach. Kiedy zawsze we wrześniu podczas spotkania organizacyjnego myślę, że rynek drużyn amatorskich się wyczerpał, zawsze znajduje się nowa ekipa, która zostaje wpisana w poczet ligi. Co roku ktoś odchodzi, a w jego miejsce pojawia się nowy team. 

Liga Amatorska to nie tylko zwykła liga koszykówki. To rozgrywki gdzie stykają się różne pokolenia, spotykają się różni ludzie (lekarze, nauczyciele, uczniowie, studenci, prezesi, dyrektorzy itp), gdzie spotykają się różne poziomy grania (od ligowego po podwórkowy).

Liga Amatorska JEST, BYŁA i BĘDZIE właśnie dzięki tym wszystkim ludziom, maniakom koszykówki, którzy co niedzielę przychodzą i oddają się grze w ten piękny sport jakim jest koszykówka.


-------------------------------------------
                              



piątek, 5 lipca 2013

Dzieci a sport. Wczoraj i dziś...


 Borzem

- Michał! Dobranocka i spać!! 

- Mamo a będę mógł obejrzeć chociaż Sport po Wiadomościach?

Takimi słowami często kończył się mój dzień spędzony na osiedlowym boisku, gdzie od wczesnych godzin grało się w przeróżne sporty i zabawy. Zważywszy, że nie było ogólnodostępnego internetu to był jeden z najlepszych sposobów na zobaczenie co się dzieje w sportowym świece, a trwało to zaledwie około 5 minut. 

Wszyscy (starsze pokolenie) wiemy jak kiedyś wyglądały wszelkiego rodzaju boiska. Czarno !!! Wszędzie pełno dzieciaków, dużo hałasu. Od samego rana była „ustawka” w umówionym miejscu dzień wcześniej i grało się w co się da. Popołudniami zaś zawsze trzeba było czekać, aż boisko się zwolni bo w tym czasie często grali tam „starsi”. Można się było tam tylko załapać jeśli byłeś naprawdę wybijający się ze swoich rówieśników, bądź miałeś starszego brata, który pomagał się dostać do którejś z drużyn. Innym sposobem było to kiedy komuś brakowało do składu jednej bądź dwóch osób i starsi krążyli wzrokiem kogo by tu wziąć w zamian i nadchodziła ta chwila kiedy opłacało się czekać tyle czasu by móc zagrać na wyższym levelu.

Jak już mówiłem, nie było Internetu, telefonów komórkowych, a na komputer typu PC trzeba było mieć dobrze ustawionych rodziców, żeby takowego posiadać. Nawet jeśli ktoś go już miał to rodzice szczęśliwego posiadacza nie pozwalali długo przed nim siedzieć. „Oczy Cię będą boleć, zmykaj na podwórko”! Więc zostawało podwórko. O każdej porze dnia zawsze się tam coś działo. 

Orliki!? Proszę Was! Nie było ekipy, która sama nie robiła sobie swojego boiska. Czy to konstrukcję kosza czy to bramki z kamieni. Zwykle baskety robiło się u podstawy z belek (tylko skąd mieliśmy te belki sam już nie pamiętam:)). Deska, jak sama nazwa mówi, z desek. Obręcz to tu już wena twórcza konstruktorów - od rafek rowerowych, śmietników metalowych po obręcze kupione w Polsporcie. Jednak z tym był największy problem gdyż często po stworzeniu takiego cuda pojawiali się w krótkim odstępie czasowym „nieznajomi” i próbowali sprawdzić twardość konstrukcji co praktycznie zawsze kończyło się zerwaniem obręczy. I tak w kółko ... ale chęć gry była ogromna więc było to wpisane w ten biznes. Podłożem często były kafle, asfalt a nawet trawa i żwir. Nieważne gdzie. Ważne, że możesz to robić.

Ekipy? Nie było dzielnicy, ba, ulicy, która nie miała swojej reprezentacji w koszykówce. Ustawianie się na granie My u Was a Wy u Nas było na porządku dziennym. Grałeś w obronie swojego podwórka, zawsze przychodzili ludzie i Cię oglądali. 

A dziś ....

A dziś jest zupełnie w inną stronę... Ciężko znaleźć dzieciaków do gry na podwórku nawet w tak koronną dyscyplinę jaką jest w naszym kraju nieszczęsna piłka nożna. Skąd to wiem? Bo pisząc to mamy wakacje, super pogodę, a ja właśnie siedzę na orliku i wyglądam przez drzwi kanciapy czy aby ktoś się aby nie pojawił. 

Od kilku lat zajmuję się sportem szkolnym w obrębie Gminy Wałbrzych i z roku na rok widzę jak poziom tych młodych „sportowców” idzie w dół. I to z kretesem. Skąd się to bierze?  A no właśnie od tych pustek na podwórku.

To na dworze kształtują się te najlepsze cechy dla sportowców. Charakter, indywidualność, wytrwanie i rywalizacja często ze starszymi wpływa na zwiększenie poziomu sportowego. Jakiego wybitnego sportowca byś nie spytał gdzie zaczynał, każdy odpowiada: „Na podwórku !!!” A czemu tak ciężko przyciągnąć dzieciaki na osiedlowe boiska? Ponieważ mają setki innych zajęć lepszych niż uprawianie sportu.

Świat idzie do przodu. Komputery, tablety, konsole itd. Typowe myślenie dzieciaka to po co mam się męczyć skoro mogę się świetnie bawić w domu. Rodzicom to też poniekąd jest na rękę gdyż nastały takie czasy gdzie na osiedlu nie jest zbyt bezpiecznie. Boją się o swoje pociechy więc synku zostań w domu, gdzie tam będziesz łaził. Jak wyjść z ojcem, to często i tacie, zmęczonym po pracy, nie chce się ruszać z domu.... I tak od najmłodszego dzieciak skazany jest na siedzenie w domu, a kiedy dorośnie często jest już za późno na uprawianie sportu.

Następnym problemem wśród dzieci jest nadwaga. Drodzy rodzice: zaprzestańcie pozwalać dzieciom na pice coli, jedzenie chipsów oraz nadużywanie słodyczy! To jest jeszcze większe zło niż całe te gry wideo i komputery. Nadmierne jedzenie w/w rzeczy dla dziecka, które nie ma gdzie tego spalić jest zagrożeniem dla jego zdrowia.   

Sporo mogę powiedzieć o dzieciakach również z innej płaszczyzny a mianowicie jestem od niedawna trenerem w naszym klubie rocznika 2001 (od września szósta klasa podstawówki). Nie wiecie nawet jak ciężko jest zwerbować chętnych chłopców do wzięcia udziału w zajęciach koszykówki, które odbywają się zaledwie 2 razy w tygodniu! Z drugiej strony czym są 3h na 7 dni w tygodniu? To kropla w morzu tego, czego ci chłopcy powinni się nauczyć. Gdzie nie nadrabiać braków jak nie na podwórku, na osiedlowym koszu. Co trening powtarzam im i do tego używam np. takiej metafory: 

„Treningi są jak szkoła, a w szkole codziennie macie zadanie domowe do odrobienia, które musicie wykonać. Podobnie jest z koszykówką, trenujemy na sali a po zajęciach odrabiamy lekcje na podwórku. Czy ja nauczę się za was kozłować piłkę czy wykonywać poprawnie rzut i dwutakt? No nie. Ćwiczymy to na treningach ale na podwórku udoskonalamy i nie potrzebujemy do tego niczego innego oprócz piłki do koszykówki. Liczy się powtarzalność.”

Podobnie jest i w szkole. Często nauczyciele nie umieją wlać nutki sportu w serca dzieciaków, organizując ciekawe zajęcia. Z reguły prowadząc szkolne zawody, widzę nauczycielki w butach na obcasach, siedzących w kurtkach, myślących jak tu szybko iść do domu. Z pewnością nie wpływa to motywacyjnie na dzieci, a mnie przyprawia o zawał serca. Jak ktoś taki może nauczyć kogoś grać w koszykówkę? Może nie do końca jest to też wina nauczycieli ale systemu szkolnictwa jaki nas otacza. W kraju gdzie liczy się tylko pieniądz nikt za darmo nie będzie organizował dodatkowych zajęć w szkole i poza nią.         

Takie i pewnie jeszcze inne nieopisane czynniki wpływają na coraz niższe usportowienie dzieci. a w zasadzie na cofanie się sportowo. My nie mieliśmy takich warunków do uprawiania sportu, czystych boisk, super sprzętu sportowego czy oryginalnego obuwia. Wystarczyła chęć, która zastępowała wszystkie te rzeczy, co są teraz.   

Opisałem tutaj w skróconej wersji problemy natury sportowej wśród dzieci. Większość opisanych zdarzeń to zdarzenia oparte na własnym doświadczeniu i obserwacji, a opisy użyte są na subiektywnej opinii. Wszytko zmierza w złym kierunku, więc czas na zmiany. Na szczęście są światełka w tunelu i przy pomocy klubów sportowych jak i trenerów osiedlowych sport nigdy nie zniknie z naszego miasta. 

Także drodzy rodzice, nauczyciele i dzieciaki, czytając to weźcie sobie to do serca. W myśl hasła „Sport to zdrowie” nie pozwólmy umrzeć aktywności fizycznej tak potrzebnej do rozwoju każdego człowieka. Nie każdy zostanie mistrzem świata, ale wychowanie poprzez sport to wychowanie, które do końca życia nauczy systematyczności i wytrwałości.     

wtorek, 2 lipca 2013

O mnie: ciąg dalszy

Borzem

Po doświadczeniach w tworzeniu turnieju zacząłem się wtajemniczać w rolę organizatora. Co znacznie mi odpowiadało bo ktoś tym wszystkim musiał sterować. Zacząłem dojrzewać jako facet, złamałem bariery typu relacje z „krawaciarzami” itd.

Nie bez parady zacząłem opisywać Alkatraz, gdyż stało się ono centrum koszykarskim w mieście gdzie na co dzień grali najlepsi w tej branży w Wałbrzychu. Jaki to ma związek z dalszą karierą a mianowicie taki, że ta uliczna ekipa, którą reprezentowaliśmy postanowiła zgłosić się do ligi amatorskiej jako Bad Company. Wykorzystując dar skupiania się ludzi przy sobie tworzyliśmy drużynę, która z miejsca walczyła o zwycięstwo w lidze. W międzyczasie poznałem kolejnego fanatyka koszykówki, jeszcze wtedy juniora Górnika, mianowicie Mateusza Myślaka. Był to rok bodajże 2005. Nasze ścieżki zaczęły iść w jedną stronę. I tak jest do dzisiaj - tam gdzie ja, tam i on i odwrotnie. Zawsze byłem „uczniem”, tym młodszym, który słuchał starszych a od kiedy poznałem Matiego, mogłem w końcu traktować kogoś jak młodszego brata.

Zaczęliśmy trenować w Górniku z juniorami u trenera Pogorzelskiego, coraz częściej grać na boisku, pojechaliśmy reprezentować Górnika we Francji na międzynarodowym turnieju itd. Stworzyła się przyjaźń i tak jest do dziś.

Drużynę, którą udało się zmontować grała w amatorskiej 4 lata. Wygraliśmy ją 3 razy z rzędu. W drugim roku mieliśmy zespół nawet taki, który z powodzeniem mógłby grać w III lidze hehe. Michał Sterenga, Pieloch, Stochmiałek, Sikorski, Myślak czy Łabiak - te nazwiska kojarzą wszyscy, a że był rok 2006 to drużyna była perspektywiczna. W końcu przyszedł taki moment, że po kolejnym zwycięstwie wśród amatorów pewnego dnia wpadłem do szatni i spytałem wprost chłopaków: „Może spróbujemy sił w III lidze? Co wy na to?”

Miałem już przygotowany preliminarz wydatków, obdzwoniłem kluby, pytałem jak jest i tak postanowiliśmy stworzyć drużynę w lidze !!! Znając realia ligi amatorskiej i poziom graczy tam występujących zebrałem grupę ludzi chętnych do tego przedsięwzięcia. Karwik, Kaliński czy mój kolega ze szkolnej ławki Bujnowski z miłą chęcią przystąpili do tego projektu. Była euforia. Coś niespotykanego w Wałbrzychu. Postanowiłem stanąć na czele tej nowo utworzonej organizacji, a zaraziłem nią takie osoby jak Jarek Wincek, wspomniany Paweł Kaliński, Grzegorz Hajduk czy Tomasz Nowakowski bez których pomocy nie poradziłbym sobie w zupełności.

W międzyczasie, jako że jestem pracownikiem OSiR-u, pojechałem w czerwcu na Samorządowe Mistrzostwa Polski w Koszykówce. Granie z prezydentem, dyrektorem, radnymi oraz przede wszystkim reprezentowanie Wałbrzycha było dla mnie nie lada zaszczytem. Jednak szybko mój udział w turnieju w Kołobrzegu się niestety zakończył. W pierwszym spotkaniu doznałem dość poważnej kontuzji ręki. Kiedy wchodziłem pod basket podczas wyskoku zostałem popchnięty z całym impetem przez jednego grubasa i złamałem rękę. Złamałem ją w przedramieniu tak, że jedna część była na wschodzie a druga na zachodzie :). Operacja, rehabilitacja i rokowania nie były zbyt przyjazne a sezon pierwszy w 3 lidze tuż przede mną ...

Na szczęście, miałem przy sobie grupę niezastąpionych ludzi, którzy pomogli mi odzyskać wiarę, że będzie ok. I tak było. Ręka nie do końca jest sprawna na 100% ale w sporcie nie liczy się kto ile ma wzrostu i wagi - liczy się kto ile ma serca i zaangażowania!

Pierwsze treningi....

We wrześniu pojechałem do trenera Młynarskiego, z którym kiedyś pojechaliśmy do Francji na turniej. Opowiedziałem mu jak wygląda sytuacja, kogo mamy w zespole i czy nie zechciałby poprowadzić drużyny? Oczywiście trener się zgodził, co było jednym z moich większych sukcesów jako raczkujący „Menadżer”. 
  
„Powalczyliśmy” z Górnikiem o zawodników i bang !!! Gramy !!! Mierzyliśmy w 5 miejsce a tu nagle wszyscy Ci ludzie, którzy chcieli grać w zespole poświęcili się i powstała jedna wielka rodzina bawiąca się koszykówką z charyzmatycznym trenerem-legendą, która rok w rok wygrywała ligę uzyskując awans do baraży na szczeblu centralnym.

Historię znamy, nie czas aby ją teraz przedstawiać ale „Projekt 3 liga”, którego byłem inicjatorem wypalił i był dla mnie wielkim sukcesem. Sukcesem zarówno sportowym jak i życiowym gdyż wspólnie ze swoimi bliskimi kolegami, z którymi na co dzień gramy na ulicznych basketach, zagraliśmy w profesjonalnej lidze. I to od razu na szczycie.

Po kolejnych sezonach nie udało się awansować do ligi wyżej a było to na wyciągnięcie ręki. Raz zabrakło jednego osobistego, raz jeden mecz .... 2 liga była blisko a jednak tak daleko. Trzeba było zmian i tak postanowiłem dać szansę połączeniu dwóch wałbrzyskich koszykarskich klubów aby wspólnymi siłami uzyskać awans do upragnionej 2 Ligi.

Samo połączenie nie dało efektu zamierzonego ale spełniło się moje kolejne marzenie: Mogłem reprezentować Klub Górnika Wałbrzych! Tak jak „Glapa” (Rafał Glapiński przyp.), „Sikor” (Marcin Sikorski przyp.) czy Mati (Mateusz Myślak przyp.) mogłem oddać swoje zdrowie dla tego Klubu. Ponadto dostałem szansę na sprawdzenie się w roli trenera prowadząc juniorów Górnika do 3 miejsca w lidze! Co, jak na debiutanta i drużynę chłopców złożonych dosłownie z kilku roczników, również jest wielkim sukcesem. O tyle jest to fascynujące, iż mogłem przekazać swoją wiedzę i charyzmę młodszemu pokoleniu i po części się udało.

Każdy z opisanych ludzi i każde z opisanych zdarzeń ukształtowało mnie koszykarsko i dało mi dużo doświadczenia. Począwszy od rodziny, kolegów, boisk ulicznych, zakończywszy na Górniku Wałbrzych. Nigdy nie starałem się oceniać ludzi, jeżeli chodzi o poziom koszykówki gdyż nie ważne w jakim momencie zaczynasz grać - jeśli to kochasz, możesz dzięki ciężkiej pracy i dobrym ludziom dojść do pożądanego efektu.

Troszkę ta moja historia jest jak „od zera do bohatera”. Kiedy spotykam starszych kolegów mówią mi: „Chłopie, Co ty teraz grasz w ten basket, kiedyś w ogóle nie potrafiłeś rzucać do kosza”. Dzisiaj mogę się tylko zastanawiać, czy jakbym spróbował trenować koszykówkę od 10 roku życia czy osiągnąłbym więcej niż mam teraz? Mam niewiele jako gracz. Role player w III lidze. Typowy zadaniowiec, ale to jest moje małe NBA.

Dzięki mojej opisanej historii zdobyłem ogromne doświadczenia życiowe oraz szacunek, które ukształtowały mnie na całe życie. Teraz mogę dzielić się basketem z innymi ludźmi i poprzez swoje podejście do ciężkiej pracy, pomóc w osiąganiu sukcesów.   

Największe sukcesy:
-         jako gracz: nienaganna etyka pracy
-         jako organizator: turniej Alkatraz i stworzenie od zera klubu w III lidze
-         jako trener: zdobycie 3 miejsca w lidze z juniorami Górnika
-         jako spiker: prowadzenie spotkania w Ekstraklasie w 2009 roku pomiędzy Górnikiem a PBG Basketem Poznań
-         jako menadżer: namówienie Mieczysława Młynarskiego do trenowania naszego zespołu
-         jako streetballowiec: charakter bo nic cię nie nauczy charakteru tak jak ulica!
-         jako koszykarz: wygranie półfinałów w 2012 roku z KK Wałbrzych

Dziękuje za przeczytanie, teraz znacie mnie troszkę więcej. Będę starał się opisywać Wam różne nurtujące sprawy, przedstawiać ciekawostki oraz analizować koszykówkę od każdej strony.

czwartek, 27 czerwca 2013

O mnie


Poznajcie mnie...Człowieka-Orkiestrę ... 
Borzem

Jestem magistrem Pedagogiki i pracuję na co dzień w Ośrodku Sportu i Rekreacji w Wałbrzychu zajmując się tam m.in. sportem szkolnym i organizacją Amatorskiej Ligi Koszykówki. W klubie jestem trenerem, zawodnikiem oraz pomagam w jego organizacji. Jestem również sędzią koszykówki jak i spikerem czy, jak zwał, konferansjerem. Skąd to wszystko się wzięło? Zapraszam do lektury.  

Od dzieciaka miałem zaszczepiony sport w swoim organizmie. Począwszy od dziadków, jeden był bokserem amatorskim a drugi nauczał wychowania fizycznego w wałbrzyskim IV LO. Ojciec był fanem siatkówki często zabierał mnie na spotkania Chełmca, Brat kochał koszykówkę a ja sam zaczynałem jak większość od piłki nożnej. Wracając do brata, to głównie on zaraził mnie basketem od wczesnych lat '90. Starszy ode mnie o trzy lata był wielkim fanem NBA (jak i ówczesne pokolenie). Magiczne Hej Hej tu NBA u mnie w domu, na podwórku oraz w podstawówce to był KLASYK !!! Kto nie oglądał w nocy transmisji spotkań National Basketball League był po prostu --- „Ciotą” (Pussy) :). W woli wyjaśnienia dla młodszego pokolenia transmisje najlepszej ligi świata były pokazywane w ogólnopolskiej TVP !!

Kiedy przychodził dzień meczu ... ojciec zakazywał mojemu bratu oglądać mecze w nocy. Nauka przede wszystkim a niewyspanie groziło słabymi wynikami itd.

Ah ten Ojciec gdyby wiedział :) sam dzisiaj ogląda ze mną w nocy finały NBA :)

Wracając jednak….

Jako 13-latek (szósta klasa podstawówki) nic sobie z tego nie robił. Mieliśmy taki mały TV czarno-biały (rocznik 1993), który budził mnie przed meczami i kazał oglądać. Te magiczne słowa Szaranowicza i Łabędzia pamiętam do dziś, brzmiały jakby w tym małym telewizorku grali ludzie z kosmosu, z innego wymiaru: „Finały NBA naprzeciw siebie staną Phoenix Suns na czele z Sir Charles'em i chicagowskie Byki z samym Majkelem Jordanem” ... Dosłownie, piękne czasy ... i tak w kółko. W podstawówce reprezentowałem w szkole różne sporty. Świetnie biegałem, grałem w piłkę nożną, ręczną i oczywiście w koszykówkę. Żeby nie było mój rocznik to wyż demograficzny - przedostać się do reprezentacji szkoły do był wielki zaszczyt.

Kiedy dorastałem w podstawówce (przyp. nie było gimnazjów), tak jak wcześniej wspominałem, zacząłem robić karierę w piłce nożnej. U boku trenera Ciołka po skończeniu jego szkółki zostałem zaproszony do gry w lidze międzywojewódzkiej i takie tam ble ble. Wszytko się nagle zmieniło, gdy trafiłem do IV LO, do klasy sportowej. Poznałem tam człowieka, który totalnie odmienił moje życie.

Nazywał się on…Rafał Glapiński.

Pamiętam jak pierwszy raz, na otwarcie roku w nowej szkole, jak to świeżak, ciężko się było odnaleźć. Jako że byliśmy z klasy sportowej naszą salą wykładową była ... sala gimnastyczna. Wpadłem na tą salę a tam widzę dwóch gości w dresach Jordana (rozpoczęcie roku), jeden łysy, drugi z wygolonymi paskami na głowie, jeden w butach Penny’ego Hardaway'a, drugi w Pippenach. Skakali po całej sali do każdej rzeczy, która była nad nimi: „Eee a tam doskoczysz??, Eee pestka” ...

Mowa o Rafale Glapińskim i Marcinie Kowalskim. Byłem w szoku. Byli to „źli chłopcy”, którzy „kiblowali” więc, znając realia życia u mnie na dzielnicy, albo z takimi trzymasz albo jesteś przeciwko nim. Troszkę lakoniczne, ale prawdziwe.

Nie zanudzając, szybko znaleźliśmy wspólny język i powoli stawałem się tacy jak oni. Dokładając do tego jeszcze, że do naszej klasy także uczęszczali tacy Panowie jak Marcin Salamonik (tak ten Marcin, który został wybrany w tym roku do pierwszej piątki I ligi) czy Tadeusz Bujnowski (były gracz Górnika) w ławkach rządziła tylko koszykówka. Rafał wziął mnie pod swoje skrzydła i z miejsca stałem się „koszykarzem”, poznając wszytko i wszystkich związanych z tą dziedziną w wałbrzyskim życiu. Ja pomagałem mu w nauce, a on pomagał mi szlifować koszykarskie umiejętności oraz wejść w dorosłe życie. Mając zacięcie i ogromną determinację szybko uzyskałem miejsce w reprezentacji szkoły, gdzie nie było łatwo. Wiedziałem jednak, że w koszykówkę zawodowo nie będę grał i tak zaczęła się moja kariera ulicznego gracza.

Przesiąknięty kulturą streetballową USA oraz szybko uzyskując umiejętności koszykarskie na moim podwórku zaczęło mi brakować rywalizacji. Zacząłem szukać… szukać takich jak JA. Zafascynowanych koszykówką, NBA, streetballem itd.

I znalazłem. Okazało się, że niedaleko domu, w sumie obok dzielnicy, gościa co się zowie Konrad Cząstkiwicz aka Kondzio. Szybko znaleźliśmy wspólny język. Stworzyliśmy swój uliczny team, budowaliśmy boisko, ciągle dyskutowaliśmy o rapie i koszykówce. Beztroskie, piękne czasy. Dwanaście godzin dziennie basketball i ciągłe proszenie mamy o pieniądze na baterie do magnetofonu :). Konrad poznał mnie z innymi ludźmi kochającymi basket.  Tutaj poznałem legendę ulicy, koszykówki, streetballa. Wszystko jedno – poznałem Rafała Szymankiewicza. Gościa, który miał w nogach petardę i 120 cm wyskoku !!!! Robił na boisku co chciał. Do dzisiaj jest takim wałbrzyskim „Kozicą” (The Goat) w większości znanym z opowieści. Kiedy usłyszałem jak przeskoczył i zrobił wsad nad Żywarskim na jednym treningu Górnika, to było coś meeeega. W Górniku go nie chcieli bo był za mały ... niecałe 180 cm !!!!!

Rozgrywaliśmy różne mecze na boisku przy „Budowlance” na Starym Zdroju. Przyjeżdżała ekipa z Nowego Miasta, Podzamcza, Śródmieścia w składzie z Łukaszem Siczkiem, „Śmiglem”, „Michelem” czy Łabiakiem. Tak między innymi poznałem kolejnego świra koszykarskiego przy kolejnej gierce z załogą z Placu Grunwaldzkiego. Mojego kolejnego do dzisiaj wielkiego przyjaciela -  Marcina Sikorskiego.

Sikor również był bliskim kolegą Glapy co się świetnie składało. Kiedy już uświadomiłem sobie na boisku na którym dotychczas grałem z Konradem, że już niewiele osiągnę, uciekłem na „Grunwaldzki”. Tam już grali byli albo aktualni wtedy ligowcy, juniorzy i ludzie z przeszłością w Górniku, czyli o poziom wyższy. Boisko na którym graliśmy, było usytuowane za Empikiem, między blokami. Ahhh… co za klimat. Znając już dużo ludzi w mieście ściągałem na boisko różnych ludzi żeby było jak najwięcej grania. Wyjeżdżałem w wakacje z domu o 10 a wracałem po 21. Moje nazwisko przestało już być anonimowe, ludzie zaczęli nabierać szacunku.

Wracając do IV LO, dwa razy z rzędu w ostatnich klasach zajęliśmy II miejsce na Dolnym Śląsku, przegrywając z Wrocławiem, który w składzie miał m.in. Skibniewskiego, Chanasa, Szlachtowicza czy Bajera, Griszko itp. U nas Glapa, „Gliniarz” (Marcin Kowalski) czy „Sali” stali się już jak na swój wiek mega dojrzałymi koszykarzami, występującymi w drugiej lidze, stanowiąc o sile zespołu. Towarzystwo było wyborne. W ostatniej klasie liceum pojechałem z ekipą uliczną na pierwszy prawdziwy turniej streetballa w Dzierżoniowie pod nazwą B-Ball Jam. Prawdziwy dlatego, że na całe boisko 4 vs 4 w amerykańskiej wersji a nie jak się utarło w Europie 3 na 3 na jedną dziurę. Ja, Glapa, Sikor, Sali ... ostatecznie druga lokata. Ale nie o wynikach. Poznałem tam kolejnego zapaleńca – Maćka „Perłę” Woźniaka. Dodając do tego, że w koszykówce ulicznej w Polsce zaczęła się era And1, szybko się dogadaliśmy.

I od tego się zaczęła uliczna przygoda. Miałem 19 lat i czas żeby powoli świat o nas usłyszał.

Poszedłem na studia. Jak większość, na PWSZ :) Tam zacząłem występować w lidze amatorskiej, w tym właśnie zespole. Początki były trudne ... ale jak już wspominałem, jestem niezwykle upartym człowiekiem i ambitnym więc szybko wywalczyłem miejsce w pierwszej piątce zespołu. Świata nie zwojowaliśmy ale doświadczenie kolejne nabyte.

Kolejnym ważnym etapem było stworzenie Alkatraz ... Zafascynowałem się turniejem Rucker Park w Nowym Jorku, B-Ball Jamem, czy turniejami serii And 1. Postanowiłem wraz z kolegami pójść krok do przodu i zrobić u nas nasz turniej. Nową markę, gdzie dzięki naszej pasji stworzymy coś co ludzie będą podziwiać, a my będziemy ich zarażać koszykówką w naszym wydaniu. Tak więc znalazł się asfaltowy plac za szkołą ZS 8. Przy współpracy z trenerem Tadeuszem Pogorzelskim, ówczesnym dyrektorem ZS 8, który udostępnił nam plac, abyśmy zbudowali tam boisko do koszykówki. I tak się stało. Plany zostały zrealizowane. Od 2003 roku organizujemy tam turniej pod nazwą Alkatraz, na który zjeżdżają się najlepsi koszykarze z Polski, a samo boisko stało się Mekką Ulicznego Basketu.

Po doświadczeniach w tworzeniu turnieju zacząłem się wtajemniczać w rolę organizatora. Co znacznie mi odpowiadało.

Ktoś tym wszystkim musiał sterować.

Ciąg dalszy nastąpi ....