Szukaj na tym blogu

piątek, 18 lutego 2011

Inowrocław jest jak Wrocław

Nasz program meczowy


Na początek ważna informacja. Daliśmy radę. Ogarnęliśmy. Przed meczem w kasie biletowej pojawi się program meczowy. (Mi osobiście już niewiele brakuje by stać się wirtuozem programu Microsoft Word wszystkie wersje począwszy od 97). Liczba egzemplarzy limitowana, dlatego chętnych do poczytania o tym co w wałbrzyskie koszykówce piszczy uprzejmie nakazuję pojawienie się pod halą nieco wcześniej.

Czas na małe wazeliniarstwo, a mianowicie podziękowania za wydruk programu dla wałbrzyskiej firmy heapmail Internet Solutions (www.hm.pl).

Co do samego meczu...

Kogoś może mocno zmieszać tytuł posta. Przecież zarówno od strony geograficznej jak i etymologicznej oba miasta łączy niewiele. To co spaja oba ośrodki to delikatnie rzecz ujmując chłodna relacja z naszym biało-niebieskim środowiskiem kibicowskim. Jak to jest ze Śląskiem każdy wie, ale Sportino ?

Sportino nie kojarzy się nam dobrze. Ok, kilku naszych byłych zawodników ma w dossier wpisane: "grałem w Sportino". Mowa tu o Łukaszu Wichniarzu czy Sławomirze Nowaku (nie mylić z tym Sławomirem Nowakiem). Obu wspominamy z występów w naszym Górniku świetnie, chociaż nie spotkali się w jednej, biało-niebieskiej drużynie. Co by jednak nie pisać pamiętamy ekipę z Ino gdy w sposób bezczelny ogrywała nas w 2007 roku w walce o ekstraklasę. Było 0:2, przegraliśmy dwa mecze u siebie. Na szczęście po pięciu spotkaniach to my mogliśmy w ceremonialny sposób zaprezentować "gest Kozakiewicza".

Nie lubimy Sportino, bo co tu się rozwodzić - mają więcej mamony, kasiory, sałaty itd. Ostatnio jednak miarka się przebrała. Wkurzyli nas ponownie sprowadzając, kradnąc nam naszą gwiazdę Krzysztofa "Krzysia" "44 punkty w jednym meczu" Jakóbczyka.


 Czy tylko mi się wydaje, że Krzysiowi nie do twarzy w sportinowskim trykocie ?

Krzysia kochamy. Co do tego nie ma wątpliwości. Wygrywał nam mecze. Oszukiwał prawa natury trafiając rzuty, które nie miały prawa wpaść. W Gdyni go poniosło gdy rzucił 44 punkty. Był naszą nadzieją, naszym Frodo. Szkoda, że zamienił Drużynę Pierścienia na pobratymców z Mordoru. 

Ciekawe jest to, że Krzysiu jest wychowankiem Śląska, a teraz gra w Sportino. Powinniśmy go podwójnie nienawidzić. W tym przypadku jednak trzeba mówić o wyjątku. Krzysiu jest jak samotna wyspa na morzu nienawiści. Za to co dla nas zrobił nie potrafimy się na niego złościć. U nas był gwiazdą, w Sportino gra role drugoplanowe, pilnuje ręcznika Łukasza Żytki, szuka swojego miejsca w rotacji. Gra stosunkowo mało. 7,3,10,0,4,13 - to punkty zdobywane przez Jakóbczyka dla Kujawiaków. Żadna rewelacja. Oby mu się nie przypomniały stare dobre czasy. W meczu z nami niech raz jeszcze zagubi się w inowrocławskim gameplanie.

Co do naszych asów to oczywiście liczymy wciąż na będącego ewidentnie w formie Mateo Nitschego, który stara się wprowadzić w koszykarskie rzemiosło teorię nadczłowieka w XIX wieku wysuniętą przez - nomen omen - Fryderyka Nietzschego. Wierzymy, że nominacja do nagród Kryształów i Kamieni zmobilizuje Marcina Sterengę. Będziemy też patrzeć na ręce Józkowi i Damianowi Pielochowi, którzy toczą ostatnio trudne pojedynki z minusowymi evalami.

No. To tyle. Do boju Biało-Niebiescy !


środa, 16 lutego 2011

Cztery loga

Trudny to będzie wpis. Jest to temat drażliwy. Logo ukochanego klubu to bardzo ważny element niezwykle pomocny w identyfikacji danego zespołu w mieście, regionie, kraju, świecie. Gdy myślimy Chicago Bulls, widzimy złowrogo wpatrzonego w nas czerwonego byka. Gdy myślimy Los Angeles Lakers, przed oczami mamy obraz prostej żółtawej piłki z opatrzonym w esy i floresy fioletowym napisem "Lakers". Z jakim emblematem kojarzy nam się koszykarski Górnik ? Tu można wymienić kilka wersji. Przy opisywaniu poszczególnych logotypów staram się być obiektywny. Nie mam swojego prywatnego faworyta w tym dziwacznym wyścigu.

1. Logo KS Górnik Wałbrzych

Najpopularniejszy logotyp. Bardzo konserwatywny. Tradycyjny. Koniecznie z 1946 rokiem, czyli datą kiedy się to wszystko zaczęło. Okrzyk "biało-niebiescy" wydaje się w tym miejscu mało odpowiedni. Kolor niebieski w tym przypadku został zastąpiony dziwną, wyblakłą nieco odmianą. Nie to odgrywa tu jednak najważniejszą rolę. Najistotniejsze są młoty, przypominające o górniczej tradycji miasta, nawiązujące do obrazu wałbrzyszanina-twardziela co to się ciężkiej pracy w kopalni nie imał. Młoty symbolizują "wałbrzyski charakter". Kopalniany obraz miasta to już przeszłość, a  samo logo obecnie spaja w jedność kibiców zarówno koszykówki jak i piłki nożnej w mieście, co w przypadku innego herbu byłoby niemożliwe. Na minus - owy emblemat w kontekście dzisiejszych czasów jest staroświecki, obecnie bardziej kojarzy się chyba jednak z piłkarzami naszego miasta. I tu pojawia się problem rozgraniczenia piłkarzy i koszykarzy Górnika. Nie jest tajemnicą, że oprócz pozostałości członu "Górnik" obie drużyny (słowo "sekcje" nie jest tu odpowiednie) łączy jedynie część kibiców. Podsumowując, logo KS Górnik Wałbrzych to w mojej opinii herb kibiców wałbrzyskiego sportu spod nazwy "Górnik". Kibiców i piłkarskich i koszykarskich. Obecny na oficjalnej stronie koszykarskiego klubu kibica www.gornik.walbrzych.pl  

2. Logo JKKS Górnik Wałbrzych  

Z powodu członu "JKKS" nie lubiany przez pewną kibicowską część logotyp. Herb kojarzony wyłącznie z koszykarzami (JKKS- Jednosekcyjny Koszykarski Klub Sportowy). Z żywą kolorystyką, z wyglądu nowoczesny, do niedawna oficjalny symbol naszych koszykarzy. Obecność skrzyżowanych młotów to tradycja, która miesza się z nowoczesnością barwy. Jest to logo obecnie chociażby na oficjalnej stronie grup młodzieżowych Górnika (www.gornikwalbrzych.info). Logo to oficjalnie umarło w 2008, zaraz po naszym pierwszym po latach sezonie w ekstraklasie. W najwyższej klasie rozgrywkowej obowiązywało za oficjalne przez ten jeden sezon zmian i przeobrażeń Górnika w spółkę akcyjną.  W pewnym sensie jest to wersja kompromisowa pomiędzy tradycyjnym znakiem opisanym powyżej, a tym ultranowoczesnym, który spieszę przedstawić poniżej.

3. Logo Górnik Wałbrzych SA

Wprowadzenie tego tworu do użycia przed sezonem 2008/09 wywołało wiele kontrowersji. Ostatecznie zrywa z wizerunkiem Wałbrzycha jako miasta kopalnianego. Oburzano się dlaczego brakuje młotów. W tym futurystycznym logotypie za tradycję - obok same nazwy "Górnik" - odpowiadają gwiazdki, symbolizujące prestiż jakim są dwa Mistrzostwa Polski. Jest to herb stricte koszykarski, o czym świadczy piłeczka w środku. Skróty "KS" i "JKKS" zostały odważnie zastąpione skrótem "SA" - naturalnym dla spółek. Wielu kibiców doprowadza do furii, że w tej chwili jest to oficjlany symbol koszykarskiego Górnika. "Górnik Wałbrzych SA" idzie z prądem zmian. Logo jest zgrabne, nowoczesne. Niemniej jednak samotnie dryfujące wśród fal, jest opuszczone jak samotny rybak na morzu.

4. Logo- proporczyk

Najmniej chyba popularny logotyp. Niegdyś widywany na www.gornik.walbrzych.pl. Teraz trochę zapomniany. Proporczykowy kształt zrywa z konwenansami. W chwili obecnej zostaje w blokach w wyścigu ze swoimi trzema, wymienionymi wyżej kuzynami. Swoją aktywność ogranicza do strony www.sportowefakty.pl. Logo-proporczyk szpeci umieszczona ni z gruchy, ni z pietruchy w dolnej części piłka do koszykówki. Biało-niebieski tym razem w wersji dość nietypowej, bo pasiastej. Co najmniej dziwacznym rozwiązaniem jest umieszczenie herbu w herbie.


Loga zmieniają wszyscy. Zmienia się je w NBA, zmienia się w Polsce (ŁKS, Sportino, AZS Koszalin, Znicz Jarosław). Ciekawe, czy zmiany w innych ośrodkach spotkały się z taki samym oporem jak u nas.

wtorek, 15 lutego 2011

Program meczowy

Wielce prawdopodobne jest, że w sobotę przed meczem ze Sportino przy kasie będziecie mogli znaleźć program meczowy/gazetkę/ulotkę/ kawałek mało wartej twórczej pracy (jak zwał tak zwał). Będzie w niej można przejrzeć składy obu ekip, tabelę, parę informacji o Górnikach - zarówno seniorach jak i tych młodszych, czyli generalnie to co zwykle.

Wiem, wiem... owa gazetka mojej produkcji nie dociera regularnie, a wynika to z kłopotów z jej drukowaniem. Sam nie dysponuję sprzętem, który kolokwialnie rzecz ujmując "podołałby" powierzonemu zadaniu.

Ostatni raz gazetkę można było przeglądać na meczu z Asseco 2 Prokomem. Z powodu wyżej nadmienionych kłopotów wyszło jednak jedynie 19 egzemplarzy. Ostatni numer gazetki był jednak szczególny bo już po liftingu. W bardziej przystępnej formie książeczkowej owe wydawnictwo w przytupem weszło w 2011 rok.

Rok 2010 został zamknięty, a prosta gazetka w której dominowała sucha narracja odziana w loga ekip, odeszła w niepamięć.

Pomysł na produkcję programów meczowych nie jest pomysłem świeżym lecz reaktywowanym. W obecnym sezonie 2010/11 postanowiłem odświeżyć to, co można było dzierżyć w dłoni mniej więcej w latach 2004-06. Wtedy właśnie gazetka "Tylko Górnik Wałbrzych" była dostępna przy kasach biletowych. Nie ukrywam, że pomimo jej skromności zawsze mi imponowała. "Tylko Górnik Wałbrzych" stała się moją inspiracją przy tworzeniu własnego dzieła. Co sprytniejszy zauważy, że parę pomysłów brzydko mówiąc "zerżnąłem". Na swoje usprawiedliwienie pragnę dodać, że nie potrafiłem wymyślić bardziej genialnych rozwiązań jak zgapione i nieco przekształcone przeze mnie hasła ze starej gazetki:  "Pomagaj Koszykarzom" i "Kibicuj Naszemu Górnikowi". 

Bardziej spostrzegawczy zauważą też, że na pierwszych gazetkach widnieje logo Górnika Wałbrzych SSA (to z piłką), a nie KS Górnika Wałbrzych (dawne koszykarskie, obecne piłkarskie, to z młotami). Z czasem sytuacja się pod tym względem zaogniła. Po interwencji jednego z kibiców wałbrzyskiego sportu doszło do zmiany loga w gazetce. Powróciły wysłużone młoty - kompromisowo tym razem z logiem JKKS Górnik Wałbrzych. Konflikt z logiem naszego klubu to temat na zupełnie inna dyskusję. Temat - rzeka, który moim zdaniem ciężko jest rozstrzygnąć by wszyscy byli zadowoleni.

Biorąc pod uwagę wszystkie media zajmujące się koszykarskim Górnikiem spotkacie kilka różnych interpretacji loga. I tak:

- polskikosz.pl: dwa loga - KS Górnik Wałbrzych (młoty, biało-błękitnawe tło) i Górnik Wałbrzych SSA (piłeczka)
- sportowefakty.pl - dziwaczne logo-proporczyk (?)
- rozgrywki.pzkosz.pl - tam tylko loga oficjalne, potwierdzone przez kluby (logo Górnik Wałbrzych SSA)
- gornik.walbrzych.pl - logo KS Górnik Wałbrzych
- gornikwalbrzych.info - logo JKKS Górnik Wałbrzych (młoty, biało-granatowe tło)

Strasznie mnie to denerwuje. Zgłupieć można.

Coś mi się wydaje, że do tego tematu jeszcze wrócę.

niedziela, 13 lutego 2011

Syndrom nieposolonej jajecznicy

 10. AZS Radex Szczecin (9-13) - 13.Victoria Górnik Wałbrzych (6-16) 61:57

Nie udało się. Byliśmy blisko, nawet bardzo blisko. Bliżej nawet niż w Radiomiu (60:66), trochę dalej niż w Lublinie (74:75). O naszej porażce zadecydował czynnik X, w tym przypadku osoba lidera. U nas ten lider się nie objawił. Zabrakło koszykarskiego Mesjasza, który przeprowadziłby biało-niebieskich przez ten mecz. X factorem w tej rywalizacji był najlepszy strzelec ligi Łukasz Pacocha (22 pkt, ale 7/20 z gry). Przy tak wyrównanych zespołach decydują detale. Oni posiadali strzelca-gwiazdę, ale to my mieliśmy bardziej zbilansowany zespół.

Nie jesteśmy zespołem gorszym - KSG dopadł "syndrom nieposolonej jajecznicy". Zarówno nasza jak i ta zachodniopomorska  zostały zrobione z takiej samej ilości jajek. Obie były z boczkiem i cebulką. Obie smaczne. Pomimo to poleca się tą szczecińską, bo jest posolona. Odrobinę lepsza, bo posolona. Ta szczypta soli zadecydowała o porażce naszych. Szczyptą soli w naszym przypadku okazuje się wspomniany wyżej brak lidera.

Kilka wniosków po obserwacji statystyk (jakże mylących czasem, ale cóż):

- drugi mecz gramy jdnym rozgrywającym. Wicher nadal się leczy. Z tego powodu w grze długo był Marcin K.  Raczej jest to gracz na odpowiednim miejscu (5 asyst). Zmęczeniem tłumaczę sobie jego 7 strat. Pamiętam mecz NCAA gdzie niejaki John Wall zagrał dobre zawody, pomimo tego, że w statystykach miał 10 strat.

- solidny poziom od dłuższego czasu utrzymuje Mateo Nitsche (14.9 pkt w ostatnich 7 grach). Takiego chcemy go widzieć. Na wyjazdach ciągnie naszą grę. Wydaje się najbardziej zmoblizowany, co widać w jego wypowiedziach. Koncentracja zawładnęla jego umysłem. Przejęla kontrolę na ośrodkami nerwowymi.

- drugi słabszy mecz na wyjeździe Marcina Sterengi. Czyżby nie był do końca wyleczony ?

- 40 min w grze Józka. 11 pkt. Jego doświadczenie objawia się na wyjazdach. W naszym kotle trochę przymroczony.

- 11 pkt i 9 zbiórek to numerki Łukasza Muszyńskiego. Druga częśc sezonu lepsza w jego wykonaniu od tej pierwszej, podobnie jak u Marcina Wróbla (9 pkt, 6 zb ale 5 fauli)..

- kolejny epizod Łukasza Grzywy nie przynosi nam pożytku

- no i  najważniejsze: na wyjazdach jesteśmy już 2-10 (w tym wygrany walkower  w Tychach). Parokrotnie nie nawiązujemy walki. Zdarzało się, że przegrywaliśmy przez deficyt szzczęścia.

Koszykówkę kocham za to, że w przeciwieństwie do piłki nożnej ZAWSZE wygrywa drużyna danego dnia lepsza (może się to wydać dyskusyjne, ale tak w rzeczywistości jest). W piłce nożnej można oddać w całym meczu tylko jeden strzał na siłę w kierunku bramki i tym samym strzelić gola. Następnie prowadzenie 1:0 można bronić uprawiając pseudofutbol, którego nie da się oglądać. Muruje się własne pole karne, kopie rywala po kolanach. Tego rodzaju antysport kłóci się ze zdrową rywalizacją na boisku. W koszykówce nie ma remisów, nie wystarczy trafić raz za trzy by spocząć na laurach.

Gdy moja drużyna  wygrywa bądź przegrywa za każdym razem pozwala mi oglądać sportową rywalizację w miejsce wybijania piłki  "na róg" bądź w trybuny. Tym razem "syndrom nieposolonej jajecznicy" nie pozwolił na wyjazdowe zwycięstwo. Jestem jednak przekonany, że rywlizacji nie zabrakło. Amen.

piątek, 11 lutego 2011

Interwencja w zalewie

Interwencję w zatoce historia już zna. Nadszedł czas na interwencję w zalewie. W Zalewie Szczecińskim. W sobotę gramy na wyjeździe z AZS Radex Szczecin.

Nasze Wojsko Lądowe czeka trudne starcie z ich Marynarką Wojenną. Będzie to pojedynek na śmierć i życie. Szczecińską marynarką twardą ręką dyryguje admirał Łukasz Pacocha (stopień zaawansowania: 17.9 pkt, 3.8 as). Niewielkiego wzrostu lecz wielkiego hartu ducha to człowiek. Obawiają się go wszyscy polscy wojacy. Jest łowcą. Obecnie nie ma w Wojsku Polskim lepszego strzelca. Obok niego występuje cała zgraja mniej utalentowanych rzezimieszków. Wyróżniamy porucznika Stanisława Prusa (9.9 pkt, 4.7 zb), który to w zeszłym roku był jeszcze członkiem wojska lądowego. Taplanie się w błocie na poligonie zamienił jednak na morskie opowieści. Należy sobie zadać pytanie co nasz oddział ma do zaoferowania: A więc tak:

Wojsko lądowe:

generał Arkadiusz Chlebda - on tu dowodzi. Pomimo młodego wieku kieruje poczynaniami naszego wojska. Należy do grona tych generałów, któremu na losie jego żołnierzy zależy.

generał dywizji Marcin Sterenga - dowódca na poligonie. Prawa ręka generała. W wojsku od lat. W armii dorobił się uznania i szacunku. Kiedy trzeba to doradzi, wysłucha. Kiedy trzeba to krzyknie. Wrócił niedawno do służby po wyleczeniu ran z poprzednich bitew. Twardy jak stal. Do niego należą decyzje.

pułkownik Mateusz Nitsche - w okresie absencji gen. dyw. Sterengi to on dowodził. Radził sobie nieźle. Teraz nieco w innej roli, jednakże wciąż ważnej. Wielkie zasługi w bitwie ze Spójniakami.

porucznik Bartłomiej Józefowicz - doświadczony wojak. Zdarzyło mu się być w armii kapitanem. Ostatnio jednak degradacja. Szanowany - wszyscy w oddziale pamiętają jak przed laty w pojedynkę wygrywał bitwy jedynie ze scyzorykiem w dłoni. Teraz nieco spuścił z tonu wciąż oczekując zmiany trzech poruczniczych gwiazdek na cztery kapitańskie.

porucznik Marcin Wróbel - młody, a już porucznik. Początki miał trudne. Z czasem wsławił się walecznością na polu bitwy. Nie daje sobie w kaszę dmuchać. Ostatnio bardzo skuteczny i sumienny żołnierz, co zaprocentowało stopniem oficerskim.

podporucznik Łukasz Muszyński - potrafi nas zaskoczyć odwagą i zdecydowaniem w czasie walk. Nie widać na jego twarzy lęku. Czasem brakuje mu skuteczności w działaniach.

starszy chorąży Marcin Kowalski - zorganizowany żołnierz. Nie błyszczy, nie dominuje, nie wsławił się samodzielną anihilacją całego wrogiego dywizjonu. Niedawno wrócił do wojska z wygnania. Swoją solidnością zapracował na stopień podoficerski.

sierżant Jakub Kietliński - przygotowaniem motorycznym onieśmiela wszystkich dookoła. W czasie porannych kilometrowych rozruchów z bazy wybiega ostatni. Przybiega jako pierwszy. Wiemy, że jest młody. Wiemy też, że szybko się uczy.  

kapral Damian Pieloch - paroma niezłymi wystąpieniami wynurzył się z korpusu szeregowych. Pracuje na swoją markę. Jeszcze nierówny, nieoszlifowany. Nadzieja, że stanie się dobrym wojakiem nie przestaje się tlić.

starszy szeregowy Łukasz Grzywa - jakiś czas już służy, ciągle jednak czegoś do stopnia kaprala mu brak. Dość ospały na poligonie. W trakcie ćwiczeń zdarzyło mu się zasnąć z karabinem pod pachą.

szeregowi: Bartłomiej Ratajczak, Hubert Murzacz, Oskar Pawlikowski - młode chłopaki co to karierę w wojsku robić postanowili. Pierwszy z nich przed rokiem przebojem starał się wspiąć na wyższy poziom abstrakcji. Niestety, w jednej z bitew stracił zdrowie. Obeszło się bez amputacji co nie zmienia faktu, że ostatnio generał nim gardzi. Pozostali dwaj odwiedzają poligon rzadko. Na dzień dzisiejszy ich rola ogranicza się do obierania zbyt dużej ilości ziemniaków oraz czyszczenia toalet szczoteczką.

Po klęsce na lądzie nasze wojsko musi powalczyć w tym Szczecińskim Zalewie. Słynny współczynnik 2:22 z drugiej kwarty tegoż pojedynku nie daje nam spać. Wtedy nasi polegli w stosunku zabitych 69:76. Czas na rewanż.

W naszym oddziale mobilizacja. Pułkownik Nitsche powiedział:

"To daje do myślenia, że ta pierwsza kwarta jest ostatnio taka dość niemrawa. Musimy nad tym popracować (...) Myślę, że każdy musi się zastanowić i zapytać siebie czy daje z siebie wszystko."

Mocne słowa panie pułkowniku. Niemniej jednak - słuszne.  

czwartek, 10 lutego 2011

Taki Sphinx straszny jak go malują


To nie była niestety udana środa dla naszych koszykarzy. Jesteśmy do tyłu 72:84. Po raz kolejny lunatykujemy w pierwszej kwarcie. Nie bardzo wiemy co się dzieje. W czterech akcjach z rzędu tracimy piłkę w ataku, rywale wykańczają nas grą z kontry. W pierwszej połowie rzucamy 26 punktów. W ŁKS Sphinx po dwóch kwartach punkty ma na koncie dziewiątka graczy. U nas punktuje w tym czasie tylko czterech muszkieterów: Sterenga, Nitsche, Wróbel i Kowalski. To najlepiej pokazuje jak to wszystko wyglądało.

W drugiej połowie podciągnęliśmy się z gry w ataku, poprawiając grę w obronie z dopuszczającej na dostateczną. Stawialiśmy strefę, która działała - powiedzmy - od czasu do czasu. Od czasu do czasu też mieliśmy szczęście gdy łodzianie pudłowali z czyściutkich pozycji za trzy. Napisałem od czasu do czasu, bo w ich szeregach gra przecież nie byle jaki egzekutor. Bartłomiej Szczepaniak (23 pkt, 5/8 za 3) to na pierwszoligowych boiskach wyjadacz doskonale znany. Znany z dobrego rzutu z dystansu. Znany przez wszystkich w tej lidze. Pomimo to bardzo się nasi dziwili gdy Szczepaniak z uśmiechem na twarzy raz po raz zadawał nam ciosy tępym narzędziem prosto w korpus. Bynajmniej nie przyjęliśmy tych ciosów "na klatę". Już się po nich nie podnieśliśmy.

Angielski romantyk Samuel Coleridge (coś w stylu naszego Mickiewicza) twierdził, że bez kontaktu z naturą poeta nie istnieje. Parafrazując jego domysły: bez kontaktu z obroną, koszykarz nie isntieje. Nasz kontakt z obroną pozostał na kartkach playbooka. Komunikacja wyglądała słabo. Byliśmy bardzo łagodni. Potulni. Baliśmy się ełkaesiaków dotknąć jakby byli biegającym wrzątkiem z kończynami. Niech to zdjęcie posłuży za dowód:


Tak było. Naprawdę. Czwarta kwarta, 3:23 do końca meczu, a u nas faule w systemie jedynkowym. Nasi sprawili nam lekcje matematyki. Ktoś niebawem stwierdzi, że graliśmy czysto. Ja twierdzę, że graliśmy zbyt mało agresywnie.

Gdy byliśmy natomiast w ataku Sphinx trzymał nas krótko na łańcuchu. Z nad gąszczu ich rąk doszukiwaliśmy się obręczy. Łodzianie byli najbardziej ruchliwym ścianami jakie w życiu widziałem - mijaliśmy jedną, zaraz pojawiały się dwie kolejne. Wyglądało to trochę jak pojedynek z hydrą - na miejsce odciętej głowy wyrastały trzy. Tym, który starał się chyba odrobinę bardziej od reszty był Marcin "Herakles" Wróbel, który hydry się nie lękał.

M. Kowalski - ależ on się nie rzuca w oczy. Początek miał niemrawy - do przerwy 4 straty i tylko 2 asysty. Po przerwie już tylko 4 asysty,  Wciąż stara sie przestawić z drugoligowej klepaniny na pierwszoligowy basket. Rzemieślnik. 5 pkt, 2/7 z gry
M. Wróbel - w pierwszej części sezonu trochę na niego psioczyliśmy. To już jednak przeszłość. Od jakiegoś czasu można powiedzieć, że gra na miarę swoich możliwości. Powiedział sobie "Nie ma lipy". No i nie było. Bardzo waleczny. 18 pkt, 6/11 z gry, 6 zb
D. Pieloch - tym razem mu nie wyszło. Liczyliśmy, że wyjdzie dobry jabłecznik, a tym razem skończyło się na zakalcu. Nie trafiał, ponaglał rzuty, tracił piłkę. 3 pkt i eval -5 (na pocieszenie: aż tak źle to nie wyglądało jak wskazuje eval) 
M. Nitsche - po dobrej postawie oczekiwania w stosunku do niego wzrastają tak jak do Kamila Stocha. Statsy godne. Nie pociągnął jednak roli lidera. Już nie jest w związku z Wachnięciami Formy. Zerwali jakieś trzy kolejki temu. Z ŁKS-em piękny, czysty jak złoto fade away jumper. 14 pkt, 4/9, 7 zb
B. Józefowicz - przeszedł trochę obok meczu. Wolał iść na grzyby. Zaginął w lesie ełkaesowych kończyn. Zanurzył się cały w tym leśnym podszycie. Pokazał się na chwilę rzucając trójkę.
M. Sterenga - ON wrócił. No w pewnym sensie. Robi wrażenie nieco znudzonego tym sportem. Nie wrzucił najwyższego biegu (nikt nie wie ile tych biegów ma). Co by nie pisać wciąż imponuje, pomimo zwolnionych obrotów i wyznaczenia nagrody dla znalazcy jego zaginionego rzutu z półdystansu. Samym ograniem i doświadczeniem w pomalowanym wykręca 21 pkt i po znajomości dodaje 8 zbiórek.
Ł. Muszyński - w statystykach jego występ wygląda lepiej niż z perspektywy trybun. Coś tam w obronie przepuścił, coś tam wybronił (2 przechwyty akcja po akcji). Istny pędziwiatr w przejściu z obrony do ataku. Nikt z kolegów tego jednak nie docenił. Trochę nerwowo podejmuje decyzje o rzucie. 8 pkt, 6 zb, 4/8 z gry.
Ł. Grzywa - pomimo epizodu na parkiecie zapadł nam w pamięć. Był trochę jak widz, który wybrał się do kina na film 2D. Niestety, pomylił sale i znalazł się w świecie trójwymiarowym. Może dlatego nie zareagował gdy posłano do niego piłkę pod kosz.
B. Ratajczak - zagrał minutkę. Pokazał się kibicom. Niektórzy myśleli, że on już nie uprawia tego sportu. A jednak.
------
J. Kietliński - dziś poza grą. Jakiś uraz. Ledwo go poznaliśmy, gdy wczechwładny pot nie przejął władzy nad jego włosami. Teraz właśnie - z puszystymi włosami - widać, że to przecież młody chłopak. Wybrany posiadaczem najfajniejszego zegarka.
R. Ludwiczuk - też był. Skrył się nie wiedzieć czemu za bramką.
R. Czerniak - jego obecność nas zaskoczyła. Przywitano go jak króla. Był u nas dwa lata, a nam się wydaje że znamy go całe życie. Złodziej. Skradł nasze serca. Członek naszej prywatnej, kibicowskiej "Hall of Fame". W zeszłym roku kołcz ŁKS-u. Tego dnia ubrany w granatowy sweter sympatyzował z nami. Dzięki jego zasługom nikogo nie obchodzi to, że łączy się go z wrocławską koszykówką. On jest ponad to.

Oj ciężko się spogląda na mecze, w którym nasi ulubieńcy ani razu nie wychodzą na prowadzenie. Ciężko się patrzy na to jak rywale z łatwością mijają naszych niczym nieruchome przeszkody lub gdy rzucają relaksacyjną trójkę bez obrony. Wyglądało to gorzej niż 72:84. Wynik trochę maskuje to co się działo naprawdę. Tego dnia skonsumowała nas indywidualność w ataku. Przeżuła, połknęła, strawiła. I to wszystko w restauracji Sphinx.

wtorek, 8 lutego 2011

Stop restauratorom i Gortata przyjaciołom

13. Victoria Górnik Wałbrzych (6-14)
7. ŁKS Sphinx Łódź  (12-8)            
Nitsche
Salamonik

W środę gramy z ŁKS-em. Kolejny trudny mecz. W tej lidze nie ma już dla nas łatwych rywali tak jak nie było ich dla nas w ekstraklasie. Faworytem rozgrywek w zasadzie nie byliśmy nawet w 2007 roku gdy awansowaliśmy do ekstraklasy. Wówczas wzmocniono skład by spokojnie znaleźć się w playoffs, a tu akuku  niespodzianka była -  2. miejsce w tabeli.

Można znaleźć wspólny mianownik pomiędzy obiema ekipami. I u nas i u nich jest wyraźny problem ze znalezieniem lidera, dowódcy, szefa gangu, ojca chrzestnego, decydującego kto gdzie ma siedzieć w autokarze w drodze na mecz wyjazdowy. Różnica pomiędzy nami a nimi polega na tym, że jednorazowo-jednomeczową funckję lidera w ekipie z Łodzi może przejąć w zasadzie 9 graczy. U nas nie jest to możliwe.

W ŁKS jest trzech graczy rzucających powyżej 10 pkt/mecz, ale żaden nie przekracza 11. Jest to zespół wyrównany, z dość głęboką ławką czego o KSG powiedzieć nie można. W książce "The Book of Basketball" Bill Simmons omawia pojęcie tzw. "The Secret" - jest to niezwykle cenna umiejętność zrozumienia przez zawodnika, że liczy się najpierw zespół, później dopiero, gdzieś w drugim szeregu - statystyki indywidualne. Albo łodzianie załapali o co w tym wszystkim chodzi, albo ich kołcz czytał tą książkę.

Wpis rozpocząłem w iście amerykańskim stylu, wyróżniając graczy - liderów. Tego typu podejście do meczu wykazują Amerykanie. Nieważne czy chodzi o NBA, NCAA czy WNBA można się z tym bez wątpienia spotkać. W tej dziedzinie bryluje stacja ESPN. Dodatkowo ESPN tworzy tzw. "Star Comparison" (porównanie gwiazd obu zespołów). Przekładając to na naszą polską prowincję i pierwszoligowy grunt gwiazdami wydają się na dzień dziesiejszy być Mateusz Nitsche i nasz wychowanek Marcin Salamonik.

Mateo jest kimś w rodzaju statystycznego lidera od pięciu meczów, czyli od początku roku 2011. Po odejściu Krzysia ogarnął się, wziął się za siebie albo po prostu wypił gumisiowy sok. Nieważne. Istotne jest to, że przemienił się w magiczny i wyniosły sposób w gracza, na którego czekaliśmy. Postanowił wyjść z cienia. Stał się sukcesorem Krzysia. Zapewne po nocach snią mu się koszmary, że w następym meczu nie trafi trzech pierwszych rzutów z gry i skończy występ z 10 % skuteznością. Tak, tak - wciąż obawiamy się jego sinusoidalnej dyspozycji. Pomimo tego, że w ostatnich pięciu pojedynkach rzuca świetne 15.0 pkt/mecz , dodając od siebie gratis prawie 5 zbiórek. Gdzieś tam jednak w powietrzu czujemy zagrożenie spadku jego formy. Boimy się dlatego, że to właśnie w nim upatrujemy  kogoś kto ten wózek pociągnie. A jak nie on to kto ? To nasz kapitan. Nie mam wątpliwości, że wróci do formy. Że wesprze Mateusza. Że będą jak Blues Brothers. Że w dwójkę stawią czoła złu tego świata.  Tak - Marcin Sterenga wróci do formy. Tylko kiedy ? My potrzebujemy go już, od zaraz.

W ŁKS udało się zbudować bardzo ciekawy zespół bo była na to mamona. Prezesem klubu jest jeden z zawodników (Filip Kenig). Są pieniądze Gortata, który jest klubu współwłaścicielem. Jest możny sponsor - Restauracje Sphinx. Sphinx ? Dobrze kojarzycie. To ta sama firma, która ciągle jakoś nie może się otworzyć na pierwszym piętrze w naszej ukochanej galerii. Wciąż pozostaje nam czekać by zasmakować jej egzotycznej eksluzywności. Póki co możemy spoglądać na ich logo, które po ewentualnej środowej porażce będzie powodować u nas niestrawność i odruchy wymiotne.

Dlatego więc, by się w przyszłości nie zatruć sphinxowym stekiem musimy ŁKS Sphinx pokonać. Na papierze znowu jesteśmy na straconej pozycji. Wszyscy jednak wiemy, że biało-niebieska totalna nieprzewidywalność gdy tylko będzie mieć na to ochotę  nas zaskoczy.  To może właśnie nieprzewidywalność powinna zostać przedstawiona jako czołowa postać biało-niebieskich. To ona powoduje, że potrafimy wygrać z każdym w tej lidze.